Polskie forum fanów serialu ,,Pingwiny z Madagaskaru - dołącz do naszej społeczności już dziś!


    Pingwiny w realiach II Wojny Światowej

    Share
    avatar
    SS
    Admin

    Liczba postów : 168
    Reputacja : 0
    Join date : 15/04/2016
    Age : 20

    Pingwiny w realiach II Wojny Światowej

    Pisanie by SS on Nie Maj 29, 2016 10:03 am

    PINGWINY W REALIACH DRUGIEJ WOJNY ŚWIATOWEJ
    Kowalski, opcje!

    Skipper stał nad grobem przyjaciela, ponuro wpatrując się w szarą, smutną tablicę. Pingwinek przełknął ślinę. Drżącym skrzydłem przesunął po chropowatym kamieniu nagrobka i zasalutował. Zerknął na niebo. Błękitne i ani jednej chmurki. Wtedy też jesień była piękna. Wtedy... Skipper zamknął oczy.

    8 września 1939 roku, Warszawa
    Skipper i Johnson szli przez stare Miasto, rozglądając się czujnie dookoła. Każdy z nich obejmował skrzydłami spore jak na pingwina pudło.
    - Ciężkie. - stęknął Johnson, poprawiając swoje pudło.
    - Nie narzekaj. - odpowiedział Skipper. - Ciesz się, ze dowództwo w ogóle sobie o nas przypomniało. Zaczynało już przecież brakować amunicji, jedzenia... - kapitan westchnął. - I mnóstwa innych rzeczy.
    - Wiem. - uspokoił dowódcę Johnson. - Ciężkie mamy czasy. - westchnął. Skipper nie odpowiedział. Zatrzymał się i nasłuchiwał uważnie. Rzeczywiście, w powietrzu wibrował dziwny dźwięk. Johnson odwrócił się, również nasłuchując.
    - Skipper... - odezwał się, ale dowódca uniósł skrzydło.
    - Ćśś... - uciszył podwładnego gestem i spojrzał w górę w momencie, kiedy tuż nad nim przeleciał śmigłowiec. serce Skippera na moment przestało bić, źrenice rozszerzyły się pod wpływem dławiącego strachu, pudło pełne konserw wylądowało na bruku. Johnson podszedł do niego.
    - Skipper... - odezwał się znowu, potrząsając za ramię dowódcy. Skipper patrzył bezradnie jak na któryś z budynków oddalonych o kilkaset metrów spada bomba.
    - Johnson, padnij! - wrzasnął, pociągając przyjaciela na ziemię i przyciskając go do bruku. Sam upadł ciężko z jękiem. Chyba stracił słuch. dookoła gramoliło się niezdarnie z ziemi kilkanaście zdezorientowanych osób. Wszyscy wpatrywali się szeroko otwartymi oczami w wielką chmurę rosnącą z sekundy na sekundę nad narożnym budynkiem ulicy Kilińskiego, którego większa część zniknęła nagle jak zdmuchnięta. Koszmarna cisza dzwoniła w uszach. Skipper czuł zawroty głowy. Musiał usiąść. Czuł coś ciepłego i mokrego na skrzydle. Wyciągnął przed siebie oba skrzydła i patrzył, jak coraz częściej pokrywa je rosa mikroskopijnych jasnoczerwonych kropelek, błyszczących w słońcu jak okruchy rubinów. rozpaczliwie zastanawiał się nad tym dziwnym zjawiskiem meteorologicznym jednak myśli sunęły w jego głowie ociężale. Niepokojąca czerwona mżawka wzmagała się, aż nagle zupełnie niespodziewanie przeszła w grad.Johnsona ogarnęła zwierzęca panika. Rzucił się na oślep przed siebie, ciągnąc za sobą ogłupiałego Skippera, podczas gdy z nieba spadała na nich coraz potężniejsza lawina jakichś mięsnych ochłapów, odłamków cegieł, zakrwawionych gałganów i siekących skórę kawałków kości oraz blachy. Johnson dopadł do przewróconej furgonetki i panicznie wcisnął się przez wybitą przednią szybę do ciasnej szoferki. Potem wciągnął do środka dowódcę. Krwawa ulewa wciąż przybierała na sile. W karoserię bębnił deszcz urwanych rąk i nóg, a po chwili całą ulicę zaścielała lawina skotłowanych ludzkich szczątków, a ściany domów do wysokości pierwszego piętra zbryzgane były hektolitrami krwi. Johnson nie wytrzymał i zwymiotował. Skipper wcale mu się nie dziwił. Sam też ledwo powstrzymywał się od wymiotów. Zawartość żołądka podjechała mu do gardła.
    - Wracają! - wybełkotał chrapliwie Rico, widząc przyjaciół, zbliżających się do obozu.
    - Nareszcie! - Abigail wybiegła na zewnątrz. - Chłopcy, w co wy się wpakowaliście? Cali jesteście we krwi.
    - To nie nasza krew. - odpowiedział Johnson. - Zaczęło się.
    - Zbombardowali nam Stare Miasto. - dodał Skipper, biorąc od dziewczyny wilgotny ręcznik. - Oczekuję od was pełnej gotowości do działania i to w trybie natychmiastowym. - kapitan zarzucił na siebie wojskową kurtkę i sięgną po czapkę. - Kowalski, raport poproszę.
    - Tak jest! W tej chwili na naszą szóstkę mamy; jeden niedziałający czołg, jeden ciężki karabin maszynowy, dwa karabiny maszynowe, cztery karabiny, pięć pistoletów. Z tym, ze zapasy amunicji są na wyczerpaniu.
    - Hmm... Czyli niewesoło. - stwierdził przywódca. - Manfredi, zwołujcie wojska, za pięć minut będę przemawiał. Sanitariuszka gotowa? - Abigail przełożyła przez ramię pasek torby.
    - Tak jest! - odpowiedziała. - Gotowa.
    Skipper pewnym krokiem wyszedł na dziedziniec w idealnie skrojonej kurtce z insygniami kapitana na pagonach.
    - Zbiórka w pododdziałach! - zarządził towarzyszący mu Johnson. Przed dowódcą ustawił się poczwórny szereg żołnierzy.
    - Baaaczność! - wszyscy wyprężyli się dumnie i wbili wzrok w kapitana. - Żołnierze! - przemówił uroczystym głosem Skipper. - Na przedpolach stolicy stoją już dywizje niemieckie. Zapewne jeszcze dziś wkroczą do miasta. Pamiętajcie, komu składaliście przysięgę. Podlegacie wyłącznie naczelnemu wodzowi i dowództwu Armii Krajowej. Nie może być mowy o brataniu się z wrogiem. Niemców należy traktować z rezerwą jako sojuszników naszych sojuszników. Spocznij. - Skipper zasalutował. Żołnierze odpowiedzieli tym samym. - Zajmijcie stanowiska. Rozkazy wyda kolega Johnson. Kowalski, oczekuję, że przedstawicie mi strategię. - powiedział, kierując się w stronę obozu.
    Kowalski rozpostarł na starym, porysowanym stole mapę z naniesionymi na nią kilkoma czerwonymi punktami.
    - zabezpieczamy natarcie na magazyny od północy. - powiedział, wskazując jeden z czerwonych punktów na mapie.
    - Po co nam magazyny? - spytał Manfredi.
    - A po co nam jedzenie? - odparł Skipper. - Manfredi skrzywił się, ale nic nie powiedział. Nie chciał zostać skazany na czyszczenie latryny. Do szczególnie przyjemnych zajęć to nie należało. W sumie dowódca miał rację. Jak zwykle...
    - Atak frontalny odpada. - kontynuował Kowalski. - Proponuję zajść wroga od tyłu. - Skipper podniósł skrzydło.
    - Będziemy atakować od frontu. - powiedział.
    - Przecież to czyste szaleństwo! - wrzasnął Manfredi.
    - Szefie, zaatakowanie Niemców od frontu jest niewykonalne. - powiedział Kowalski.
    - Nie będę atakował mając do dyspozycji dwie sztuki broni! - zaprotestował Manfredi.
    - Wiecie, że to podchodzi pod niesubordynację? - odezwał się Skipper. - Johnson, wyposażenie?
    - Ja mam pistolet i trzydzieści naboi.
    - No to dla reszty po jednym granacie na dzień dobry. Naradę uważam za zakończoną.

    9 września 1939 roku
    Skipper klęczał na podłodze w "toalecie" zawzięcie szorując posadzkę szczotką.
    - Dzień dobry. - odezwał się Kowalski, zaglądając do środka. - Co Szef robi? - spytał ze zdziwieniem.
    - Szoruję latrynę, nie widać? - odwarknął Skipper.
    - Przecież dziś kolej Manfrediego. - zauważył Kowalski.
    - Ale Manfredi się jakoś nie kwapi! - porucznik bez słowa podwinął rękawy kurtki, wybrał szczotkę z pudełka i klęknął obok dowódcy. Skipper nie odezwał się ani słowem.
    - Co robicie? - spytał Manfredi, wchodząc do "toalety" pół godziny później. Skrzydła Skippera zacisnęły się w pięści. Szczotka z głośnym pluskiem wylądowała w wiadrze z mydlinami, rozchlapując wodę.
    - Odwalamy twoją robotę! - wrzasnął dowódca. - Jak by nie było to wasza kolej na czyszczenie latryny! Macie karę dyscyplinarną! Idziecie zaraz na zwiad. A w nocy trzymacie wartę.
    - Pierwszą? - spytał bezczelnie Manfredi.
    - Wszystkie. - odparł równie bezczelnie Skipper.
    - O nie, nie ma mowy! siedziałem na warcie przez ostatnie dwa tygodnie! - wrzasnął Manfredi. - Jak Szef jest taki mądry to niech Szef sam trzyma wartę i tyle! - szeregowy w biegu zerwał swoją kurtkę z wieszaka i wypadł na zewnątrz.
    - Myśli Szef, że pójdzie na ten zwiad? - spytał Kowalski.
    - Pójdzie. Jest młody, buntuje się, ale pójdzie. - porucznik ostatni raz przejechał szczotką po posadzce. - Skończone? - Kowalski w odpowiedzi wrzucił szczotkę do skrzyni i podniósł wiadro z mydlinami. Skipper spojrzał w niebo.
    - Szukam pana wszędzie. - odezwał się Johnson, widząc dowódcę. - Szefie... Mamy wezwanie na front. - wiadro uderzyło o ziemię, woda rozlała się szeroko. Kowalski drgnął.
    - Przepraszam. - wymamrotał, czerwieniąc się i schylił się, żeby podnieść wiadro. Potem oddalił się szybkim krokiem.
    - Powiedziałeś Rico, żeby szykował broń? - spytał Skipper.
    - Oczywiście. - odparł Johnson. - Abigail też się szykuje. - Skipper od niechcenia podniósł skrzydło, łapiąc rzucony przez Rico granat.
    - Ostrożnie mi z tym! - krzyknął. - Bo nawet nie zdążymy wyjść na front. Karabin dajcie! - Skipper złapał karabin. - Idziemy zapolować na Niemców!

    10 września 1939 roku
    Pingwiny drugi dzień z rzędu tkwiły na froncie. Skipper siedział w okopie, obok Kowalskiego, z karabinem w skrzydłach. Przez całą noc tkwił na posterunku w gotowości, oczekując kolejnego ataku, który - miał pewność - niebawem nastąpi. Nie ruszał się z miejsca, chociaż głodny był jak cholera, a pęcherz miał pełny. Prowiant, który mieli ze sobą już dawno się skończył. Właściwie nie było tego za wiele, bo na jednego przypadały dwie kromki chleba i kawałek suszonego mięsa. Skipper po raz kolejny zmienił pozycję. Koniecznie musiał pójśc za potrzebą. Chłopcy ganiali za najbliższy budynek, ale on jakoś nie miał śmiałości.
    - Zawieszenie broni? - Skipper podniósł głos, słysząc Johnsona. wychylił się z okopu, wpatrując się w miejsce gdzie widniała wciągnięta na maszt biała flaga, a trębacz grał sygnał zawieszenie broni. Skipper uniósł się jeszcze wyżej. Wtedy właśnie padł strzał.
    - Szefie! - wrzasnął Johnson, odpychając przyjaciela na bok. Oboje ciężko padli na ziemię. Kula świsnęła tuż koło głowy Johnsona. Skipper podniósł się z trudem.
    - Czyli taki jest ich plan. - powiedział. - Panowie, czy Niemcy tego chcę, czy nie, proszę rozpocząć ostrzał! - wykrzyczał rozkaz i sam też chwycił za karabin. Wyglądało na to, że ostrzał przeciągnie się na kolejną noc. Skipper westchnął. Będzie musiał pójśc na stronę, bo długo już nie wytrzyma.
    Najpierw poczuł ból w lewym ramieniu, dopiero potem zorientował się, że utkwiła tam kula, wystrzelona przez jednego z Niemców. Karabin wysunął mu się ze skrzydeł. Skipper nie bardzo wiedział, co się dzieje dookoła niego. Bolało piekielnie. Przycisnął skrzydło do rany, usiłując zatamować krwotok. Johnson w jednej chwili przypadł do dowódcy, Abigail wygrzebała z torby bandaże i zabrała się za robienie opatrunku.
    Wreszcie cała szóstka została oddelegowana do obozu. Skipper stał przed "łazienką" czekając, aż chłopaki skończą brać prysznic. Ostatni raz zbył za potrzebą jeszcze przed wyjściem na front, czyli... poprzedniego dnia wieczorem. Naprawdę miał przepełniony pęcherz. Było widać, że się męczy, o czym świadczyło nerwowe dreptanie w miejscu. Dzielnie przetrzymał wszystkich i kiedy latryna opustoszała wreszcie przykucnął nad dziurą w podłodze, pełniącą (lub też nie) funkcję toalety. Skipper odetchnął. Naprawdę mu ulżyło.

    12 września 1939 roku
    Abigail delikatnie wyjmowała pęsetą kulę, którą postrzelono Skippera. Dowódca syknął z bólu i zacisnął skrzydła w pięści.
    - Jeszcze chwileczkę. - odezwała się sanitariuszka. - Mam ją. - Abigail delikatnie chwyciła kulę pęsetą i zaczęła ją wyciągać. Chwilę potem pocisk z brzękiem wylądował w metalowej misce. Sanitariuszka zabrała się za dezynfekowanie rany, którą następnie owinęła bandażem, a lewe skrzydło skippera umieściła na temblaku. Kapitan przyglądał się skupionej na pracy Abigail. Dziewczyna wreszcie skończyła.
    - Uważaj z tym skrzydłem. - powiedziała. - Masz przetrącony bark. - Skipper kiwnął głową, wsuwając zdrowe skrzydło w rękaw kurtki. Potem odgarnął z dzioba Abigail kosmyk włosów.
    - Że też trafiły nam się takie czasy. - westchnął. Abigail odwróciła wzrok, zwijając resztę bandaża.
    - Boję się, że cię w końcu stracę. - powiedziała.
    - Nie stracisz, obiecuję. - odpowiedział Skipper. - Nie dam się zabić.
    - Nie możesz mi tego obiecać. - zaprotestowała dziewczyna. Skipper spojrzał jej w oczy, a potem pocałował z czułością.
    - Mogę. - powiedział, przymierzając się do kolejnego pocałunku.
    Kowalski wracał z dowództwa z nowym rozkazem. Gorączkowo ściskał w skrzydłach karabin, rozglądając się dookoła. Niemcy mogli być dosłownie wszędzie.
    - Hande hoch! - usłyszał za sobą. Usiłował zapanować nad nerwami, ale skrzydła trzęsły mu się tak bardzo, że karabin uderzył o bruk. Poczuł chłodny dotyk metalu na skroni. W dziobie mu zaschło.
    - Hande hoch!! - rozległo się znowu. Kowalski bardzo powoli podniósł skrzydła. Niemiec kopniakiem pchnął go do przodu. Ciągle czując śmiercionośny chłód metalu przyciskanego do skroni, zrobił pierwszy krok, potem drugi, aż w końcu bezwiednie podążył za wrogiem. Wiedział co to oznacza. właśnie został pojmany przez Niemców.
    Johnson jak oparzony wpadł do obozu. Skipper i Abigail gwałtownie odskoczyli od siebie. Major oddychał ciężko.
    - Co jest Johnson? - odezwał się Skipper.
    - Kowalskiego pojmali Niemcy! - wyrzucił z siebie major.

    13 września 1939 roku
    Kowalski leżał przyciśnięty do drewnianego stołu, oddychając ciężko. Skrzydła miał unieruchomione, a dół pleców i łapki pulsowały piekielnym bólem. Zerwana z niego brutalnie wojskowa kurtka leżała w kącie. Szkoda. Może choć trochę zmniejszyłaby siłę uderzeń bata.
    - Sekret Niewidzialnego Żniwiarza, w tej chwili! - wrzasnął Niemiec. Kowalski zamknął oczy, czekając na kolejne uderzenie.
    - Zaczniesz gadać?! - usłyszał zamiast tego.
    - Nic wam nie powiem, nic! - krzyknął porucznik w odpowiedzi. Kolejne uderzenie bata spadło na jego łopatki. Kowalski zawył z bólu i szarpnął się, ale skrzydła wciąż pozostały unieruchomione. Czuł jak po plecach spływa mu stróżka krwi.
    - Sekret Niewidzialnego Żniwiarza! - powtórzył Niemiec.
    - Nie powiem ani słowa. - głos porucznika zadrżał, zabrzmiał słabiej, ale wola pozostała nieugięta. Niemiec uderzył trzy razy, jeden po drugim. Kowalski już nie miał siły krzyczeć. Powoli tracił przytomność. Z bólu i wyczerpania.
    - W końcu zaczniesz gadać. Zawsze zaczynają. - powiedział wróg, wychodząc z pomieszczenia. Kowalskiego zostawiono samemu sobie. Porucznik rozpłaszczył się na stole. Zapadł w płytki, nerwowy sen, z którego wyrwano go godzinę później. Niemcy bezlitośnie tłukli go batem. Poranione plecy piekły i rwały, z ran leciała krew, Kowalski co raz to tracił przytomność. Osuwał się w słodki niebyt, ale zaraz przywracali go do przytomności i tłukli jeszcze mocniej. Niemiec chlasnął go ciężką rękawicą po policzku, uwolnił i powlókł za sobą do celi. Kowalski uderzył o ścianę, popchnięty mocno. W ślad za nim poleciała jego kurtka wojskowa. Porucznik osunął się po ścianie na podłogę. Nie mógł ustać na nogach. Przytulił policzek do zimnej podłogi. Naciągnął jeszcze na siebie kurtkę i znowu usnął. Siedząca w kącie celi kobieta poruszyła się i chwilę potem zaczęła owijać łapki porucznika brudnymi szmatami. Kolejny już raz ubolewała nad tym, ze nie ma pod ręką prawdziwych bandaży. Kowalski podniósł głowę.
    - Śpij, śpij. - odezwała się kobieta. - Rano przyjdą po ciebie znowu. I będą przychodzić dopóki nie wyciągną z ciebie tego, co chcą wiedzieć.
    - Nie możemy siedzieć bezczynnie, kiedy Niemcy katują nam przyjaciela. - powiedział Johnson, uderzając pięścią w stół. - Nie możemy nic nie robić.
    - Już go pewnie zabili, to przecież Niemcy. - rzucił Manfredi.
    - Nie wiemy nawet gdzie go przetrzymują. - zauważyła Abigail.
    - Pytanie tylko, co my mamy teraz zrobić! - wrzasnął Johnson.
    - Odbijemy go. - powiedział Skipper, wchodząc do obozu. wokół zapadła niezręczna cisza. - Odbijemy. - powtórzył dowódca.
    - Z całym szacunkiem Szefie, ale amunicji tomy już prawie nie mamy, a Szef z przetrąconym barkiem... - zaczął Johnson.
    - Z przetrąconym czy nie, Kowalski to mój przyjaciel. Rico, rozwińcie mi mapę. - polecił dowódca. Poczekał aż podwładny zrobi co do niego należy i powiódł wzrokiem po mapie.
    - Niemcy weszli do miasta tędy, tu mają obóz, a tam magazyny. Więc Kowalskiego przetrzymują tutaj. - powiedział, wskazując punkt na mapie. - Nie musicie mi wierzyć, wystarczy, że zaufacie. Trzymają tam nie tylko Kowalskiego. Innych jeńców też. Nie pytajcie skąd wiem.
    - Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak sprzeciw... - zaczął Manfredi. - Ale czy nie lepiej będzie jeśli go poświęcimy? To chyba lepsze wyjście niż narażanie całego oddziału?
    - Nie będę nikogo poświęcać. - Skipper podniósł głos. - Skoro tak mówicie, to znaczy, że nie macie prawa nazywać się członkiem mojego oddziału! Nie poświęcę nikogo! Kowalskiego zwłaszcza. - dowódca zamknął oczy. - Wy nie wiecie, ale to wszystko zaczęło się przez coś, do czego Kowalski nieświadomie przyłożył skrzydło. Właśnie dlatego nie zostawię go teraz.
    - Chciałem tylko pomóc wybrać jedną z opcji. - obruszył się Manfredi. - Nie moja wina, że nikomu się to nie spodobało.
    - Więc gdybyś był odpowiedzialny za cały oddział też byś poświęcił przyjaciela, bo nie chciałbyś narażać innych jednostek? - spytał Skipper, odwracając wzrok od mapy.
    - Prawdopodobnie tak bym zrobił. Mamy wojnę do cholery!
    - Zejdź mi z oczu Manfredi. - nakazał podwładnemu Skipper. Szeregowy posłusznie skiną głową i odmaszerował. Nikt nie zauważył, że Manfredi wziął swoją kurtkę z wieszaka i cichcem wymknął się z obozu. Potem przemknął przez dziedziniec, ruszył w stronę ukrytych w krzakach Niemców i szepnął im kilka słów. Nie miał nic do stracenia, miał dosyć wojska, które nie wie co ze sobą zrobić, ale przede wszystkim chciał utrzeć nosa własnemu dowódcy.

    14 września 1939 roku
    Niemiec wpadł do celi i szarpnął Kowalskiego za skrzydło, podrywając go w górę. Właściwie to wlókł go za sobą, aniżeli prowadził, bo Kowalski nie był w stanie ustać na poranionych łapkach. Tak samo jak poprzedniego dnia, przykuli go do drewnianego stołu i tłukli niemiłosiernie batem.
    - Sekret Niewidzialnego Żniwiarza. - słyszał co chwilę Kowalski i zastanawiał się, po co mówią to tyle razy. Dobrze wiedział i rozumiał czego od niego chcą. Milczał uparcie, bo nie miał siły już odpowiadać. Kilka godzin później przestał zupełnie reagować na ból. Niemiec szarpnął go, widząc, że porucznik zaczyna tracić przytomność. Kowalski spojrzał na niego zamglonym wzrokiem. Nic już nie czuł, kompletnie nic, a mimo to zakwilił, kiedy bat spadł na jego łopatki. Serce biło mu nierówno.
    - Gadaj. - warknął bezbarwnym głosem Niemiec. Porucznik pokręcił przecząco głową i znowu spadł na niego bat. Znowu zakwilił. Chyba zaczynał tracić przytomność. Nie mógł już znieść nieustającego bólu, ale powiedzieć też nic im nie mógł. A to był dopiero początek katowania.
    - Gadaj! - wrzasnął kat i na Kowalskiego spadło kolejne uderzenie.
    - Trój... Trójtlenek wodoru. - wyszeptał ostatkiem sił porucznik. Niemiec spojrzał na niego i trzasnął rękawicą po dziobie.
    - Co jeszcze? - spytał, znowu unosząc rękawicę.
    - Kwas motylkowy... - odpowiedział Kowalski. Dół pleców pali go żywym ogniem, ale bezlitosny kat uderzył jeszcze raz. Kowalski zamknął oczy. Zaczynał tracić kontrolę nad zwieraczami. Nie odezwał się, kiedy dostał jeszcze raz.
    - Co jeszcze?! - wrzasnął Niemiec. Porucznik tylko pokręcił głową. Nie miał siły. Nawet mówić. Tak samo jak poprzedniego dnia, zawlekli go do celi. Kowalski uderzył o ścianę, opadł na czworaka i zwymiotował z wyczerpania. Bolało go całe ciało, ale równocześnie nie czuł bólu. To było takie dziwne. Usiadł w kucki pod ścianą. Chciało mu się pić. Bardzo. Włożył na siebie kurtkę, usiłując opanować nerwowe dygotanie, które nie było przecież spowodowane niską temperaturą. Usiłował wstać, ale nie mógł. Każdy, nawet najmniejszy ruch powodował ból. Zasnąć też nie mógł. Czuł teraz tylko palący ból, który powoli ogarniał całe ciało. Porucznik odchylił głowę do tyłu, usiłując złapać oddech. Wzrok miał zamazany i zdawało mu się, że ściany celi są coraz bliżej, że zaraz go zmiażdżą. Uduszą. Zaczynały się nocne majaki. Momentami zdawało się Kowalskiemu, że obok niego siedzi jego przywódca. Porucznik przechylił głowę.
    - Szefie... - na wpół szepnął, na wpół jęknął.
    - Odwagi Kowalski. Odwagi. - odpowiedział mu wytwór jego umysłu. Umysłu zmęczonego niekończącą się katorgą i nieustającym bólem.
    - Nie mam już siły Szefie. Niech mi Szef pomoże, błagam.
    - Ja ci nie mogę pomóc. Co im powiedziałeś?
    - Znają dwa składniki Niewidzialnego żniwiarza. Przepraszam.
    - Nie mogą się już więcej dowiedzieć i ty o tym wiesz. - halucynacja wzięła Kowalskiego za skrzydło. - Musisz to wytrzymać.
    - Przyjdziecie po mnie, prawda? - spytał z nadzieją porucznik.
    - Przyjdziemy, obiecuję. Śpij Kowalski. Masz gorączkę, śpij. - Kowalski zamknął oczy i osunął się na podłogę. Zapadł w nerwowy, urywany sen.
    Porucznik poderwał głowę z ziemi, kiedy w drzwi celi uderzył ciężki, niemiecki but. Chwilę potem do środka weszło trzech żołnierzy. Zabrali kobietę i dwóch mężczyzn. Kowalski przytulił się do odłogi. Czy on też zaraz umrze?
    - Po ciebie przyjdziemy rano. - rzucił Niemiec. - ciesz się życiem, póki możesz. - porucznik aż do świtu nie zmrużył już oka. Wcisnął się w najodleglejszy i najciemniejszy kąt celi, owinął kurtką i siedział tak, nie mogąc zasnąć. Miał niejasne przeczucie, że to nie jedyna wizyta Niemców w celi tej nocy. Miał rację. Wpadali do niego jeszcze trzy razy, za każdym razem otwierając drzwi kopniakiem, jak gdyby brzydzili się dotknąć klamki. Za każdym też razem wyrywali Kowalskiego z letargu w którym trwał, nie mogąc zapaść w sen, przynoszący ulgę.
    - Szefie... - odezwał się znowu porucznik. - Nie zdążycie. Rano mnie zabiją. Już do was nie wrócę.
    - Wszystko będzie dobrze Kowalski. - odpowiedział mu wyimaginowany dowódca. - Możesz mi zaufać. Czy kiedyś nie mogłeś?
    - Mogłem zawsze. - przyznał Kowalski. - Ale teraz jest już za późno. Na wszystko Szefie.
    - Wcale nie! - krzyknął Skipper. - Póki żyjesz, nigdy nie jest za późno. Dasz sobie radę poruczniku Kowalski. - porucznik odwrócił głowę, kiedy wytwór jego wyobraźni położył mu skrzydło na ramieniu. - Powodzenia. - Skipper rozpłynął się na jego oczach, a Kowalski wreszcie zapadł w mocny, długi sen.

    15 września 1939 roku
    Ze snu wyrwało Kowalskiego uderzenie w drzwi. Powtórzyło się to jeszcze raz. Drzwi ustąpiły i uderzyły w ścianę z głośnym hukiem. Kowalski wcisnął się w kąt nie zwracając uwagi na piekący ból, który znowu ogarnął jego ciało.
    - Wstawaj! - warknął Niemiec. Pingwinek powoli podniósł się z ziemi, a wróg szarpnął go za kurtkę i powlókł za sobą na dziedziniec. Pod ścianą stał rząd ludzi z zawiązanymi oczami. Niemieccy żołnierze unieśli broń.
    - Feuer! - wrzasnął dowódca, potem rozległ się strzał. Kowalski odwrócił wzrok, kiedy więźniowie padali na dziedziniec. Jego też to za chwilę czekało. W toku było sprzątanie dziedzińca, ale "jego" Niemiec, ten, który go pilnował, gdzieś zniknął. Przed Kowalskim stanął inny, całkowicie go zasłaniając. Kowalski wpatrywał się w jego buty, nie wiedząc co się dzieje. Niemiec odwrócił się do niego.
    - Fleihen. - szepnął. Porucznik wpatrywał się w niego, nie rozumiejąc. - Fleihen. - powtórzył głośniej Niemiec, popychając Kowalskiego w tył. Porucznik zrobił kilka kroków. Rozumiał. Już rozumiał. Uważając, żeby nie wpaść wrogom w ręce, wymknął się z obozu Niemieckiego i ruszył przez Warszawę w stronę własnego obozu. Biegł przed siebie chociaż poranione łapki odmawiały mu posłuszeństwa. Co chwilę padał na czworaka, gwałtownie łapiąc oddech. Ból odbierał mu zdolność myślenia, ale pomimo ogarniającego całe ciało odrętwienia i gorączki ciągle biegł w przód. Znowu się wywrócił, lądując w gruzie i odłamkach cegieł i gipsu. Ale tym razem nie dawał rady wstać. Kowalski podparł się skrzydłami. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Porucznik jęknął. Co będzie jeśli nie da rady się już podnieść? Znajdą go i zabiją. Zrobią z nim to, co zrobili z innymi! Zakatują na śmierć! Kowalski podniósł się ostatkiem sił i powlókł dalej. Do obozu doszedł pod wieczór i kiedy tylko wszedł za próg padł na ziemię bez przytomności. Skipper podniósł głowę znad mapy, słysząc podejrzany huk. Popatrzył po podwładnych, a potem wszyscy ruszyli do przedsionka.
    - Kowalski... - odezwała się Abigail i zaraz kucnęła przy poruczniku. Skipper uniósł rąbek kurtki podwładnego i aż jęknął, widząc jego plecy.
    - Oddycha. - zaraportowała Abigail, przykładając policzek do piersi Kowalskiego i nasłuchując rytmu serca. - Puls nierówny i słaby. Weźcie go do mojego namiotu. - Johnson spojrzał znacząco na Rico i oboje delikatnie podnieśli bezwładne ciało przyjaciela. - Potrzebne mi bandaże. - kontynuowała sanitariuszka. - Dużo bandaży.

    17 września 1939 roku
    Kowalski leżał na prowizorycznym posłaniu z kocy, majacząc w gorączce. Plecy paliły go żywcem, chociaż Abigail oczyściła rany i nasmarowała kojącą maścią. Sanitariuszka położyła mu na głowie chłodny kompres i zerknęła na plecy porucznika.
    - Co z nim? - spytał Skipper, wchodząc do namiotu, który namiotem był tylko z nazwy. Ot, zwykłe pomieszczenie.
    - Cały czas gorączkuje, ja już nie wiem co robić. - westchnęła Abigail. - Najgorsze są te rany. Dziwię się, że w ogóle dał radę dowlec się aż tutaj. Co oni mu zrobili... - sanitariuszka pokręciła głową. Kowalski poruszył się niespokojnie.
    - Wo... dy... - wyszeptał błagalnie. Abigail rzuciła się w stronę dzbanka z wodą i nalała odrobinę do metalowego kubka. Skipper pomógł porucznikowi podnieść się do pozycji półleżącej.
    - Powoli. - powiedział, widząc jak łapczywie Kowalski pije. - Kowalski... - odezwał się, kiedy porucznik oddał kubek Abigail. - Wiecie jak się nazywam? - spytał, pochylając się nad podwładnym.
    - Skipper... - odpowiedział Kowalski, patrząc na dowódcę.
    - Jaki stopień? - zadał następne pytanie Skipper. - Wiesz?
    - Ka-kapitan. - powiedział pewnie porucznik. Dowódca skinął głową.
    - Wiesz gdzie jesteś? - Kowalski pokręcił przecząco głową. - Jesteś w obozie Armii Krajowej Rzeczpospolitej Polski. Nic się już nie bój.
    Pod wieczór gorączka odrobinę spadła, ale porucznik nie był w stanie nic zjeść. Wymiotował. I to dość gwałtownie. Wreszcie przestali go męczyć i zostawili w spokoju.
    - Sze... fie... - zawołał porucznik. - Szefie. - powtórzył głośniej.
    - Kowalski? - odezwał się Skipper, wchodząc do pomieszczenia.
    - Ja muszę... za potrzebą... - wyszeptał Kowalski. Skipper pomógł porucznikowi wstać. Kowalski zakwilił, stając na poranionych łapkach, ale zrobił pierwszy krok. Dowódca przytrzymał go, kiedy porucznik stracił równowagę.
    - Powolutku. - powiedział, widząc, że chodzenie sprawia mu trudność.
    - Skipper, co wy wyprawiacie? - spytała Abigail, kiedy dowódca prowadził Kowalskiego przez przedsionek. - Nie powinien w ogóle wstawać. - Skipper odwrócił głowę.
    - Lepiej żeby się przeszedł, niż żeby zmoczył łóżko. - odpowiedział dowódca, posyłając sanitariuszce znaczące spojrzenie.
    - Dobra, idźcie. - Abigail machnęła skrzydłem.

    18 września 1939 roku
    - Szefie! - krzyknął Johnson, wpadając do obozu. - Wczoraj do stolicy wkroczyli Sowieci! Musimy wysłać ludzi do pomocy na Wolę. - Skipper podniósł się ze swojego miejsca przed drzwiami. Grubą książkę, którą przeglądał, włożył pod pachę.
    - Po kolei. - powiedział spokojnie. - I w środku.
    - Więc tak... - zaczął Skipper, pochylając się nad mapą. - Na Wolę wyślemy oddział Majewskiej. Powinni sobie dać radę. My idziemy do śródmieścia. - nikt nie zauważył, że do pokoju cichutko wszedł Kowalski, opierając się na ścianie. Potem stanął obok dowódcy i pociągnął go za rękaw kurtki. - Rico, postarajcie się naprawić ten nieszczęsny czołg, dobrze? wiem, że potrafilibyście. - kontynuował Skipper. Kowalski coraz bardziej gorączkowo szarpał go za rękaw. - Johnson, uzupełnijcie zapasy amunicji, a Manfredi... Właściwie to gdzie jest Manfredi? Co się dzieje Kowalski? - Skipper wreszcie zwrócił uwagę na podwładnego. Porucznik jeszcze raz szarpnął dowódcę za rękaw.
    - Oni tu przyjdą. - wykrztusił wreszcie Kowalski. - Przyjdą po mnie. Wiedzą, że tu jestem i co zrobiłem. Znają dwa składniki Niewidzialnego Żniwiarza i przyjdą po resztę.
    - Wygadałeś się?! - Skipper podniósł głos. Kowalski pokręcił głową.
    - Nie... Ja... Ja nie chciałem.... - wyszeptał.
    - Skipper, nie możesz go winić. - powiedziała Abigail. - Widziałeś do czego Niemcy są zdolni. Widziałeś co mu zrobili. Nie dziwię się wcale, że im powiedział. - porucznik wtulił się w kurtkę dowódcy cały dygocząc. Nie chciał tam wracać. Wiedział, że tym razem zakatują go na śmierć.
    - Kowalski, uspokójcie się. - nakazał Skipper. - Kto im dowodzi?
    - Berliński Diabeł. - odezwał się Manfredi, wchodząc do pokoju. - Pułkownik Hopkins. - powiedział, a widząc zdziwione spojrzenia, odpowiedział na niezadane pytanie. - Stoi na zewnątrz, razem z grupą zbrojnych. To on aktywował broń z ubiegłej epoki i z jej pomocą zrównał z ziemią trzy miasta w ciągu jednej nocy, prawda? - Kowalski zakwilił niespokojnie.
    - Nie bój się. On nie wie, że tu jesteś. - powiedział Skipper.
    - W każdym razie nie sądzę byśmy mieli czas na zastanawianie się. - kontynuował Manfredi. - Jeśli nie podejmiemy teraz szybkiej decyzji, wpadniemy w jeszcze większe kłopoty. Musimy się zdecydować czy chcemy go wydać.
    - Nie wydam nikogo na pastwę Niemcom. - powiedział Skipper. - A już Kowalskiego zwłaszcza. To tylko i wyłącznie moja decyzja i poniosę za nią pełną odpowiedzialność. Czy to jasne?
    Skipper zabarykadował się z Kowalskim w piwnicy, pozostawiając reszcie swobodę działania. Porucznik wcisnął się w kąt pomieszczenia, ciągle dygocząc na całym ciele. Skipper objął go skrzydłem.
    - Pertraktacje są daremne. - zaczął Kowalski. - Pułkownik śmiał się. Kiedy zobaczył, ilu ludzi zabił ożywiony przeze mnie Żniwiarz, nie mógł przestać się śmiać. Będzie zabijał tak długo, aż nikt nie pozostanie przy życiu. A ja mu pomogłem. To moja wina. Przepraszam. Tak strasznie przepraszam. - Skipper przytulił do siebie podwładnego, ale podniósł głowę słysząc od drzwi piwnicy podejrzany dźwięk. W progu stał Manfredi z karabinem w skrzydle.
    - Myślałeś, że go nie rozpoznam? - rzucił.
    - Zamknij się! - wrzasnął Skipper. - Kowalski został wykorzystany!
    - Czy Kowalski naprawdę ma coś wspólnego z Niewidzialnym żniwiarzem? Oczywiście. Naukowiec mianowany jednym z największych geniuszy w historii. Jednocześnie osoba, która wznowiła produkcję Niewidzialnego Żniwiarza, broni biologicznej z ubiegłej epoki. Pójdziesz ze mną. - Skipper zaprotestował gwałtownie. Manfredi strzelił.
    - Szefie! - wrzasnął Kowalski. Skipper klęczał na podłodze, trzymając się za lewy bok. Pomiędzy skrzydłami ciekła mu krew.
    - Weź mnie. Kowalskiego oszczędź, wiem, że to o mnie ci chodzi. - Manfredi ruchem głowy kazał mu wstać. Skipper podniósł skrzydła, a tamten pchnął go do wyjścia.
    - Kowalski... - odezwał się Skipper. - Wystarczająco już wycierpiałeś. Ja ci wybaczam. - powiedział. Potem Manfredi wypchnął go na zewnątrz. Johnson, Rico i reszta oddziału unieśli karabiny.
    - Każ im opuścić broń. - nakazał Manfredi, przyciskając do skroni Skippera metal pistoletu, zatkniętego do tej pory za pasek.
    - Róbcie co karze. - powiedział dowódca, posyłając podwładnym uspokajające spojrzenie. Potem dobrowolnie oddał się w ręce Berlińskiego Diabła.
    Johnson i Rico bezradnie patrzyli jak ich dowódca oddala się wraz z kawalkadą Niemców. Z rany postrzałowej spływała mu krew, ale Skipper nawet nie skrzywił się z bólu. Odwrócił się jeszcze, rzucając podwładnym ostatnie spojrzenie, ale zaraz został pchnięty do przodu.
    - Szefie! - z obozu wypadł Kowalski i rzucił się za Niemcami, wykrzykując słowa pozbawione sensu, drąc się wniebogłosy, wyjąc i szlochając. Johnson odrzucił karabin na ziemię i mocno przytrzymał wyrywającego mu się porucznika.
    - Zostaw, zabiją cię! - krzyknął, usiłując przemówić mu do rozsądku, ale Kowalski nie słuchał. Ciągle usiłował się wyrwać. Krzyczał za przywódcą, ale z coraz mniejszym przekonaniem, a w końcu już tylko szlochał, czepiając się kurtki Johnsona.
    - Szefie... - zakwilił niespokojnie. Major objął kolegę ramieniem. Abigail wzięła porucznika za skrzydło.
    - Musisz wziąć się w garść Kowalski. - powiedziała Abigail. - Nic nie zdziałasz, krzycząc i płacząc.
    Wiemy wszyscy przez co musiałeś przejść i nie chcemy, żeby to samo spotkało Skippera. Musimy teraz myśleć jak możemy mu pomóc, a płacz na pewno nic nie da. - Rico stanął obok nich, posyłając Johnsonowi pytające spojrzenie.
    - Musimy się naradzić. - zdecydował major. - Zapraszam wszystkich do środka. - powiedział, pomagając Kowalskiemu wstać. Rico i Abigail posłusznie poszli za nim do obozu.
    - Od teraz przejmuję dowodzenie. - powiedział chwilę potem Johnson. - Czy ktoś jest przeciwny? - spytał i powiódł wzrokiem po stojącym naprzeciwko niego Rico, Kowalskim, kulącym się w kącie i po Abigail, która obejmowała porucznika. - Więc przyjmuję, ze wszyscy wyrazili zgodę. Dowódcę musimy odbić, to jasne. Bardziej martwi mnie to, że Manfredi nas zdradził. Do walki z Berlińskim Diabłem potrzebuję oddziału w pełni sprawnego. Abigail, co z Kowalskim? - sanitariuszka pokręciła tylko głową. - Będziemy musieli walczyć na dwa fronty, bo Sowieci też wdarli się do stolicy. Rico, jak czołg? - Rico wybełkotał coś bez ładu i składu, a wypowiedź zakończył zgrabnym stwierdzeniem;
    - Potrzebuję więcej czasu. - Johnson stanął obok Kowalskiego i położył mu skrzydło na plecach.
    - Kowalski, ja wiem... - odezwał się. - Ja wiem... Ja cię uważam za bohatera, bo chociaż jesteś ode mnie młodszy i wiekiem i stopniem, to jednak udało ci się uciec z obozu Niemieckiego. Podziwiam cię za to. - Kowalski spojrzał na Johnsona. Major przełknął ślinę, widząc zaczerwienione i podkrążone oczy porucznika i powątpiewanie w spojrzeniu. - Bo ja... - kontynuował Johnson. - Ja nie miałbym tej cywilnej odwagi wziąć się w garść i wyjść z obozu Niemieckiego. Tak po prostu wyjść. Teraz trzeba pomóc dowódcy zrobić to samo. Opracujesz strategię? - Kowalski odwrócił wzrok.
    - Przed tym jak go zabrali... Szef powiedział, ze mi wybacza. Wybaczył mi to, że się wygadałem. I jeśli pułkownik Hopkins będzie chciał mnie dorwać, żebym powiedział mu resztę... - porucznik wstał. - Toi wypatroszę go jak najgorszego wroga, którym zresztą jest! - krzyknął, wyciągając w górę skrzydło zaciśnięte w pięść. - No... To teraz poproszę mapę.
    Kowalski rozwinął mapę na stole i przypiął pinezkami tak, jak to zawsze robił przywódca. Johnson podał mu drewniany wskaźnik. Porucznik odetchnął głęboko.
    - Tu jest obóz niemiecki. - powiedział, wbijając w miejsce na mapie czerwoną szpilkę. - A tutaj nasz. Szefa na pewno nie będą trzymać tam gdzie mnie, więc musimy zaatakować ze wszystkich stron na raz, co niestety jest niemożliwe, mamy za mało ludzi.
    - Ty mi tutaj nie mnóż szalonych planów. - upomniał go Johnson. - Mów jak się wykaraskać.
    - Tak jest. Niemców trzeba będzie zaskoczyć, potem wedrzeć się do ich obozu i wyprowadzić stamtąd Szefa. Jutro w nocy.
    - Proszę się wyspać i przygotować. Za dwadzieścia cztery godziny odbijamy dowódcę.
    Kowalski przecierając oczy zamknął za sobą drzwi. Musiał wstać za potrzebą, a do latryny trzeba było przejść przez dziedziniec. Świeże nocne powietrze rozbudziło porucznika do końca dlatego przypadł do ziemi całym ciałem, słysząc znajome głosy. Źrenice rozszerzyły mu się ze strachu. Pułkownik Hopkins i... Manfredi. Kowalski podczołgał się z powrotem do budynku i pobiegł do pokoju, w którym wszyscy spali tej nocy.
    - Johnson... - porucznik szarpnął majora za ramię. - Przed obozem stoi pułkownik Hopkins... z Manfredim.
    - Jak to Hopkins? - Johnson poderwał się z podłogi. - Widziałeś go?
    - Nie, ale słyszałem. Jego i Manfrediego. - major uchylił lekko drzwi wejściowe. W ciemności poruszyły się dwie postacie.
    - To trzeba będzie ich pilnować. - zdecydował. - Wezmę pierwszą wartę. Ty idź spać Kowalski. Dobra robota.

    19 września 1939 roku
    Kopnięcie w plecy powaliło Skippera na ziemię. Potem kopnięcie w brzuch. I znowu w plecy. Któryś z nich przyniósł bat. Pierwsze uderzenie. W głowę. Kolejne spadło na kark. Ciężki Niemiecki but przygniótł go do ziemi. Odkaszlnął zbierającą się w dziobie krew. Już się nie podniesie. Jeden z żołnierzy wyjął zza pazuchy scyzoryk.
    - Sekret Niewidzialnego Żniwiarza. Musisz wiedzieć, gadaj! - usłyszał kapitan. Podniósł głowę, patrząc prosto w oczy wroga.
    - Nie wiem, przysięgam. - odpowiedział.
    - Blefuje. - odezwał się Manfredi, siedzący na skrzyni. Zeskoczył z niej teraz biorąc scyzoryk od Niemca i jednym szybkim ruchem przejechał mu ostrzem po policzku. Z rany powoli poleciała krew, ale Skipper ani drgnął. Nie pokazał po sobie, że boli.
    - Oboje wiemy, że znasz sekret Niewidzialnego Żniwiarza. - warknął. - Albo w tej chwili podasz mi składniki, albo obóz Polskiej Armii Krajowej wyleci w powietrze, razem z twoimi podwładnymi. - Skipper zakaszlał. Za chwilę udusi się własną krwią. - Gadaj, bo nie ręczę za siebie! - wrzasnął Manfredi.
    - Sekret Żniwiarza zna tylko Kowalski. - odpowiedział kapitan. - Nikt więcej. A jego nie dostaniecie drugi raz. Nawet jeśli go zabijecie tę tajemnicę zabierze ze sobą do grobu. A ja przyjaciela nie wydam. - Manfredi splunął gdzieś w bok. Skipper poczuł kolejne kopnięcie. W brzuch. I znowu batem. Czego chcą? Gdyby chcieli go zabić, już by to zrobili. Dostał w głowę. Krew zalała mu oczy. Nie mógł ich otrzeć, skrzydła odmówiły mu posłuszeństwa. Zawlekli go do niemieckiego obozu. Dłoń któregoś z nich zacisnęła mu się na szyi. Próbował jeszcze walczyć, ale w końcu skrzydła zawisły mu swobodnie wzdłuż ciała. Dusił się. Nie mógł oddychać. Zaczynał tracić przytomność z braku tlenu. Wtedy go puścili. Upadł ciężko na ziemię i nie miał siły się już podnieść. Rana od postrzału pulsowała bólem. Skipper przycisnął skrzydło do boku. Odkaszlnął krew. Oddychał ciężko, drżąc na całym ciele. Więc tak to wygląda. Powolna śmierć w męczarniach. Nic dziwnego, że Kowalski wrócił w takim stanie. "Muszę uciec." to była ostatnia myśl Skippera przed osunięciem się w ciemność.
    Johnson wyglądał przez szparę w drzwiach na dziedziniec. W skrzydłach ściskał karabin, gotowy w każdej chwili strzelić. Pułkownika Hopkinsa, nie było nigdzie widać, ale jego obecność zdradziła właśnie sucha gałązka, która trzasnęła pod ciężkim butem. Kowalski usiadł obok przyjaciela.
    - Jest tam jeszcze? - spytał. Johnson bez słowa kiwnął głową, obserwując uważnie porucznika. Kowalski wyjrzał przez szparę w drzwiach. Żeby zająć czymś głowę przyniósł sobie drugą sztukę broni i usiadł obok Johnsona, ale długo tak nie usiedział. Chodził po pomieszczeniu w tę i z powrotem, co chwilę patrzył na drzwi. Johnson ani na chwilę nie spuszczał go z oczu.
    - Usiądź sobie, co? - odezwał się wreszcie zniecierpliwiony major.
    - Nie mogę, muszę wyjść. - Kowalski podrygiwał nerwowo w miejscu. Johnson bez słowa patrzył na przyjaciela. No tak... Przecież na dziedziniec nie było można wyjść, bo cały czas siedział tam pułkownik Hopkins. A Kowalski nie dość, ze miał słaby pęcherz, to jeszcze spędzał cały dzień w zamknięciu. W nocy nawet nie miał jak załatwić potrzeby, bo zaraz po usłyszeniu dziwnych dźwięków przybiegł do niego. Czyli musiał trzymać od tamtej pory. Manfredi... Myśli majora obrały inny kierunek. Wstrętna, dwulicowa, zdradziecka szuja! Johnson poderwał się z miejsca i rzucił Kowalskiemu jego sztukę broni.
    - Idziemy. - powiedział, otwierając drzwi kopnięciem. Pingwiny, plecami do siebie, asekurując siebie nawzajem i ciągle z bronią w pogotowiu ruszyły przez dziedziniec.
    - Stój. - nakazał Johnson, słysząc trzask suchej gałązki. Major uniósł karabin. - Dalej. - rzucił pozornie od niechcenia. Kowalski dokładnie stawiając kroki, znowu ruszył w stronę latryny. Wreszcie oboje stanęli pod drzwiami. Johnson ruchem głowy nakazał porucznikowi robić swoje, a sam stanął tuż za framugą drzwi z bronią gotową do oddania strzału. Kowalski kucnął nad dziurą w podłodze. Wreszcie... Wtedy padł pierwszy strzał. Johnson przypadł do ściany, a zaraz potem również zaczął strzelać. Kowalski parł się skrzydłem o ścianę, skończył załatwiać potrzebę i dołączył do Johnsona, po drodze łapiąc za swój karabin. Od obozu tez padły strzały. Kowalski odwrócił głowę. W progu stał Rico z pistoletem. Porucznik uśmiechnął się lekko, ale zaraz zrzedła mu mina. Ratowanie przywódcy musiało poczekać.

    21 września 1939 roku
    Skipper siedział przy drewnianym słupie ze skrzydłami związanymi na plecach, przykuty do drewna. Piórka miał brudne i pozlepiane od potu, policzki zarumienione, oczy nienaturalnie błyszczące. Rana postrzałowa zabliźniła się, ale przy każdym gwałtowniejszym ruchu znowu krwawiła. Po piórkach spływała mu brunatna, niemal czarna krew. Skipper odchylił głowę w tył. Szarpnął się, usiłując uwolnić skrępowane i drętwiejące skrzydła, ale zaraz potem poczuł ostrze scyzoryka na szyi.
    - Zrób to jeszcze raz a poderżnę ci gardło. - zagroził Manfredi. Skipper spojrzał w stronę zarośli. Coś się tam ruszało i kapitan zaczynał się bać o swoją psychikę. Znowu się szarpnął, usiłując zerwać się z ziemi, a zaraz potem tuż obok głowy świsnęła mu kula.
    - Ostrzegałem. - powiedział Manfredi, wyjmując z kieszeni scyzoryk. Wysunął ostrze, z drwiącym uśmieszkiem obserwując jak dziób Skippera zaczyna drżeć, a w oczach wzbiera niemy strach. Manfredi skulił się odruchowo kiedy w powietrzu rozległy się dwa strzały. Z krzaków wyłonił się Johnson z pistoletem w skrzydle.
    - Puść mojego dowódcę. - powiedział. Manfredi poruszył się nerwowo, a major znowu strzelił w powietrze. - Żadnych gwałtownych ruchów. Rzuć broń. - Manfredi bardzo powoli wypuścił ze skrzydła scyzoryk, ale drwiący uśmiech nie schodził mu z dzioba. Chwilę potem w Johnsona celowało dwóch Niemców, którzy zaraz padli na ziemię. Za majorem stanęli Kowalski i Rico. Skipper odwrócił wzrok.
    - Mamy przewagę liczebną, do tego broń. - powiedział Johnson. - Skrzydła trzymaj tak, żebym je widział. Powoli podejdź do mojego dowódcy. Powoli. Manfredi zrobił krok w tył, potem drugi. - Rozkuj go. Rozkuj! - Skipper potarł zdrętwiałe skrzydła i spróbował wstać opierając się na słupie. - Miejcie go na celowniku. - polecił przyjaciołom Johnson, wskazując ruchem głowy Manfrediego. Sam podszedł do dowódcy i pomógł mu wstać.
    - Wszystko w porządku Szefie. - powiedział, biorąc go pod ramię. Skipper syknął z bólu i zgiął się wpół, przyciskając skrzydło do lewego boku. - Powoli, spokojnie. - Skipper położył głowę na ramieniu przyjaciela.
    - Wiedziałem, że przyjdziecie. Że wrócicie. - wyszeptał.
    - Niech Szef nic nie mówi. - poprosił Johnson. - Musi Szef oszczędzać siły. Chłopaki, ewakuujemy się. Jego... - wskazał na Manfrediego. - Bierzemy ze sobą. - major rzucił pistolet Rico, a sam wziął od niego karabin. - Idziemy. - powiedział, przyciskając do skroni Manfrediego zimną stal. Tuż przed bramą drogę zastąpił im pułkownik Hopkins. Jego ludzie momentalnie wycelowali.
    - Ruszcie się jeszcze choćby centymetr, a Manfredi zginie. - powiedział Johnson. - Jeden fałszywy ruch i strzelę mu w łeb! - wrzasnął.
    - Strzelaj. - powiedział pułkownik. - Po pierwsze, to on nie jest mi do niczego potrzebny, po drugie, wiem, ze i tak nie będziesz w stanie tego zrobić. - skrzydło Johnsona drgnęło. - No strzel. Zabij go. Zabij, mówię! - wrzasnął Hopkins. Przed oczami majora mignęła czarno-biała smuga. Kowalski wyrwał Rico pistolet. Wycelował. Strzelił. Raz, drugi, trzeci. Pułkownik Hopkins padł na ziemię martwy. Porucznik opuścił broń.
    - Niewidzialny Żniwiarz zabił setki ludzi. Jeszcze jeden martwy nie zrobi różnicy. - powiedział. - Wychodzimy. - dodał, kierując się zdecydowanie do bramy. Niemcy wycelowali. Wtedy Rico rzucił granat. Jeden z nich złapał pocisk z szyderczym uśmiechem.
    - Teraz, biegiem! - zakomenderował Johnson, rzucając się w stronę bramy. Wróg za późno zorientował się, że granat nie ma zawleczki. Pingwiny padły płasko na ziemię, kiedy za ich plecami rozległ się wybuch.
    - Żyjemy. - stwierdził odkrywczo Kowalski.
    - Tak. - odpowiedział Johnson. - Ale nie pora na radości. Teraz trzeba się zająć dowódcą. Ach, przy okazji... Kowalski, twoja postawa była nieodpowiedzialna i zupełnie nieprzemyślana! Ale jak najbardziej na miejscu. Dobrze ci poszło. - major klepnął kolegę w ramię. Obok z ziemi gramolił się Manfredi z ogłupiałą miną przyklejoną do dzioba.
    - Dlaczego wzięliście mnie ze sobą? - spytał. - Ja zdradziłem.
    - A zdrada karana jest śmiercią. - odparł Johnson. - W naszym obozie zajmą się tobą odpowiedni ludzie. Myślę, że oddział Majewskiej chętnie się tobą zajmie. Rico, miej go na celowniku! - Rico posłusznie uniósł karabin. Skipper wydał z siebie przeciągły jęk. Nie wiedział gdzie jest, ani co się z nim dzieje. Słyszał niby to znajome głosy, ale i one zlewały się w jedno i kapitan nie mógł nic z tego zrozumieć. Czuł tylko potęgujący się ból i gorączkę. Musiał się napić, był odwodniony. Znowu jęknął co zabrzmiało jak przeciągłe westchnienie.
    - Już dobrze Szefie. - odezwał się Johnson. - Jest Szef w dobrych rękach.

    22 września 1939 roku
    Skipper leżał na prowizorycznym legowisku z kocy. Gorączkowe majaki nie chciały go opuścić. Rana w boku rwała i piekła, chociaż Abigail zdezynfekowała ją i założyła opatrunek. Kilka razy dali mu się napić, ale Skippera ciągle męczyło pragnienie. Dyżurowali przy nim na zmianę, a przynajmniej w teorii, bo to Kowalski spędzał przy nim najwięcej czasu. Teraz też siedział obok. Skipper poruszył się niespokojnie.
    - Wody... - wyszeptał błagalnie, usiłując się podnieść. Porucznik pomógł dowódcy usiąść, a uczynne skrzydło zaraz podsunęło mu pod dziób metalowy kubek. Kapitan upił łyk wody. Cudowna, chłodna i łagodząca pragnienie. Kowalski położył skrzydło na ramieniu dowódcy. Skipper drgnął.
    - Jeszcze. - poprosił, podając mu pusty kubek. Porucznik posłusznie nalał z dzbanka więcej wody. do pomieszczenia weszła Abigail z chłodnym kompresem.
    - I jak? - spytała. Kowalski pokręcił przecząco głową.
    - Bez zmian. - odpowiedział, pomagając dowódcy na powrót się położyć. Sanitariuszka nachyliła się nad dowódcą.
    - Skipper... - odezwała się. - Poznajesz mnie? - Skipper tylko patrzył na nią zamglonymi oczami. Znał ten głos, poznawał go, ale nie mógł skojarzyć go z jego właścicielką choć usilnie próbował. Abigail rozpłakała się.
    - nie poznaje mnie. - zaszlochała. Kowalski objął ją.
    - Na pewno cię rozpozna. - powiedział. - Daj mu trochę czasu. Jestem pewien, że kiedy gorączka spadnie... - porucznik urwał. Nie miał zielonego pojęcia czy gorączka w ogóle spadnie. Skipper zamknął oczy. Dopiero kiedy sanitariuszka zaczęła szlochać, przypomniał sobie tamtą obietnice i pocałunek. Wiedział już, jak dziewczyna ma na imię.
    - Abigail... - szepnął. Sanitariuszka umilkła. - Abigail. - powtórzył Skipper i z wysiłkiem wyciągnął do niej skrzydło.
    - Skipper... - odpowiedziała dziewczyna. - O Boże, Skipper! - Abigail ścisnęła dowódcę za skrzydło, a potem rzuciła się Kowalskiemu w ramiona. Porucznik odwzajemnił uścisk. Skipper zdążył to jeszcze dojrzeć, zanim zapadł w nerwowy urywany sen. Nie wiedział dlaczego, ale miał przeczucie, że to jego dziewczyna powinna przytulać.

    23 września 1939 roku
    Skipper co raz to budził się i znowu zasypiał. Akurat przewracał się pod kocem we śnie, kiedy ktoś szarpnął go za ramię. Skipper z wysiłkiem otworzył oczy. Od czterech dni był ranny i słabł coraz bardziej.
    - Johnson... - odezwał się, widząc przyjaciela. - Johnson...
    - Chodź. Musisz odprawić naszych do walki. - powiedział major, pomagając mu wstać. - Dziś albo pokonamy Niemców, albo zginiemy nie pokonawszy. - Skipper przycisnął skrzydło do przesiąkniętych krwią bandaży. Z gardła wyrwał mu się tłumiony krzyk. Do przywódcy podbiegł Kowalski.
    - Spokojnie Szefie. - powiedział, pomagając go podtrzymać. Skipper został podprowadzony na plac, do swojego oddziału.
    - Baaczność! - kapitan usłyszał Johnsona. - Dowódca będzie przemawiał. - Skipper z wysiłkiem podniósł opadającą na pierś głowę i spojrzał na podwładnych zamglonym wzrokiem.
    - Żołnierze... - zaczął słabo. - Wiecie, że tym razem was nie poprowadzę. Dowództwo obejmie kolega Johnson, a wy możecie zrobić jedynie to co do was należy. Wygrajcie tę bitwę, proszę. - z każdym słowem Skipperowi coraz bardziej kręciło się w głowie, a w uszach szumiało, ale pomimo to zaintonował pierwszą strofę roty. - Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, nie damy pogrześć wiary... - do śpiewu dołączyła porucznik Majewska. - Tak nam dopomóż Bóg, tak nam dopomóż Bóg! - pod koniec pierwszej zwrotki cały oddział rozbrzmiewał śpiewem - Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz... - Kowalski podniósł głowę. - Ni dzieci nam germanił... - Skipper dotknął pulsującej skroni i chwilę potem osunął się po ramieniu Johnsona. Kowalski usiłował go podtrzymać, ale przywódca leciał mu spomiędzy skrzydeł. Skipper uwiesił się na rękawie kurtki majora oddychając szybko. Serce waliło mu mocno i miał wrażenie, że za chwilę wyskoczy mu z piersi. Błyskawica bólu przecięła ranę w boku. Z gardła wyrwał mu się tłumiony krzyk. Kowalski nachylił się nad dowódcą.
    - Szefie... - odezwał się. Johnson przyłożył skrzydło do pozlepianych od potu piórek na czole dowódcy.
    - Ciągle jest rozpalony. - stwierdził. - Kowalski, wracajmy do obozu. - Skipper zamknął oczy, tracąc przytomność. Nie czuł już jak prowadzili go z powrotem.

    24 września 1939 roku
    Johnson zamknął za sobą drzwi piwnicy, gdzie trzymali Manfrediego. Zdrajca podniósł się z podłogi. Johnson bez słowa wyjął spod kurtki pistolet gotowy do wystrzału.
    - Nie celuj we mnie. - odezwał się Manfredi. - Krzywdy ci nie zrobię.
    - Skipper coraz bardziej słabnie. - powiedział Johnson. - Chcę wiedzieć co mu podaliście i jakie jest na to antidotum.
    - Na ta truciznę nie ma lekarstwa.
    - Musi być, na każdą jest! - skrzydło Johnsona drgnęło.
    - Niewidzialny Żniwiarz. - rzucił od niechcenia Manfredi.
    - Kłamiesz. Nie znaliście wszystkich składników.
    - Pewien jesteś? - Manfredi wyciągnął spod kurtki zapisany notes i rzucił pod nogi majora. - Na to nie poradzisz już nic. Wasz dowódca będzie słabł coraz bardziej, aż w końcu umrze. Zostało mu nie więcej niż czterdzieści osiem godzin. - Johnson przycisnął Manfrediego do ściany, łapiąc za poły kurtki. O dziwo zdrajca zachował całkowity spokój.
    - Łżesz! - wrzasnął. - Łżesz jak pies!
    - Niestety nie przyjacielu. - major puścił Manfrediego nie wierząc w to co słyszy. W głowie miał mętlik. To niemożliwe.
    - Nie jesteś już moim przyjacielem. I nie tobie decydować o losie Skippera. - powiedział, odwracając się.
    - Takie są skutki wojny. Dowódcy giną, przyjaciele zdradzają siebie nawzajem, a wszystkie z pozoru idealne plany zawodzą.
    - Zamknij się! - Johnson odwrócił się gwałtownie, uderzając Manfrediego z pięści. - Nie ty będziesz o tym decydować! - uderzył jeszcze raz i jeszcze. Opamiętał się dopiero, kiedy zobaczył spływającą po policzku Manfrediego krew.
    - Dowódcy i tak nie uratujesz. - rzucił Manfredi, śmiejąc się. Johnson strzelił w jego stronę i szybkim krokiem wyszedł z piwnicy. Oparł się o drzwi plecami i pokręcił przecząco głową. To nie mogła być prawa. Skipper wyzdrowieje, wyjdzie z tego. Trzeba tylko mocno w to wierzyć. Johnson usiadł w kucki na podłodze, chowając głowę w skrzydłach. Teraz należało podjąć decyzję czy powiedzieć o wszystkim podwładnym. Dowodzenie było szalenie trudne. Johnson gorączkowo zastanawiał się co robić. Jak Skipper radził sobie z tym wszystkim? I jeszcze na każde pytanie miał gotową odpowiedź. Major podniósł się z podłogi. Podjął decyzję.
    - Nie! - krzyknął Kowalski, kiedy Johnson skończył opowiadać, czego się dowiedział. - Nie wierzę! Ja... Zabiłem własnego dowódcę!
    - Uspokój się. - odpowiedział Johnson. - Jeszcze nie zabiłeś. Poza tym nie mamy pewności czy Manfredi mówi prawdę. Może kłamać. - Kowalski spojrzał na niego bez przekonania.
    - Musimy rozpatrzyć obie wersje. - zdecydowała Abigail. Jeśli Manfredi kłamie, Skipper wcale nie umrze.
    - Więc mamy bezczynnie siedzieć i czekać na cud? - spytał Kowalski. Johnson i Abigail popatrzyli po sobie.
    - To chyba będzie najlepsze wyjście. - odparł major. Kowalski otworzył dziób. - Posłuchaj, ja jestem pewien, że Manfredi gra na zwłokę. Chce nas wywieść w pole, ale ja nie dam się tak łatwo. Postarajmy się wszyscy, żeby Szefowi się polepszyło.
    Skipper leżał na wznak z odrzuconym kocem, pojękując przez sen. Ból w ranie się wzmagał. Na czoło wystąpiły mu kropelki potu. W dziobie miał sucho. Dlaczego nikogo nie było obok? Kapitan spróbował podnieść się do pozycji siedzącej i dosięgnąć metalowego kubka z wodą, stojącego na rozpadającym się regale. Kubek z brzękiem wylądował na podłodze. Do pomieszczenia zajrzał Kowalski.
    - Szefie? - odezwał się i podniósł kubek z podłogi. - Wystarczyło zawołać. - mruknął nalewając do naczynia wody, a kiedy Skipper pił, usiadł obok niego. W oczach wzbierały mu łzy, kiedy myślał o tym, że za dwa dni dowódca może nie żyć. Łza spłynęła mu po policzku, a widząc to Skipper położył mu głowę na ramieniu.
    - Kowalski... - odezwał się. - Mężczyźni... Nie płaczą... - porucznik spróbował się uśmiechnąć, ale nie wyszło. Rozpłakał się.
    Skipper rzucał się pod kocem. Znowu się przespał, a teraz znowu zaczynał go boleć lewy bok. Kapitan jęknął. Ból w ranie wzmagał się coraz bardziej. Skipper krzyknął z bólu, wyginając plecy w łuk. Skrzydła przycisnął do bandaży.
    - Skipper?! - do pomieszczenia wpadła Abigail, a zaraz za nią chłopaki. - Co się dzieje? - kapitan znowu krzyknął. Sanitariuszka powoli odsunęła skrzydła Skippera od bandaży. Chłonna gaza przesiąkła krwią, a skóra pod piórkami zsiniała. Skipper jęknął, czując dotyk Abigail. Kowalski złapał go za skrzydło. Johnson przyłożył skrzydło do czoła kapitana. Abigail zabrała się za zmienianie opatrunku.

    27 września 1939 roku
    Skipper powoli otworzył oczy. Ostatnie trzy dni przeleżał bez przytomności. Kapitan odwrócił głowę. Obok niego też otulony w koc siedział Kowalski. Od czasu tamtego nawrotu bólu nie ruszał się od przywódcy nawet na krok i nawet posiłki spędzał, siedząc przy kapitanie.
    - Kowalski... - wyszeptał Skipper. Porucznik zerwał się z miejsca i opadł na czworaka przy dowódcy.
    - Szefie... - odpowiedział szeptem. Kapitan jęknął.
    - Kowalski... Obejmijcie po mnie dowództwo. - wychrypiał.
    - Ja? Kiedy, Szefie... Szef przecież teraz nie umrze. Ja nie pozwolę. - Skipper uśmiechnął się słabo. Kowalski odwzajemnił uśmiech. - Dać Szefowi wody? - kapitan kiwnął głową i chwilę potem przytknął kubek do dzioba. To była jedna z niewielu chwil przytomności, bo z następnych trzech godzin nie pamiętał już nic.
    - Trzymaj Kowalski. - powiedziała Abigail, przychodząc do pokoju i podając porucznikowi miskę kaszy. - Jak Skipper?
    - Śpi. - westchnął Kowalski. - Nie wiem czy się poprawia czy pogarsza. Nie mam już rozeznania. - porucznik podniósł wzrok.
    - Skoro jeszcze żyje, jest dobrze. - Abigail uśmiechnęła się. - Jedz. - Kowalski włożył sobie pierwszą łyżkę kaszy do dzioba.
    Skipper przebudził się, czując nacisk na pęcherz. Porucznik siedział tyłem do niego, chrupiąc ogórka małosolnego. Kapitan przewrócił się na bok, ale to nic nie zmieniło. Musiał pójśc za potrzebą. Skipper wyciągnął skrzydło.
    - Kowalski... - szepnął. - Weźmiecie mnie na stronę?
    - Pewnie. - porucznik włożył resztę ogórka do dzioba. - Johnson, pomożesz? - spytał, wsuwając głowę do sąsiedniego pomieszczenia. Oboje, podtrzymując Skippera podprowadzili go w stronę latryny. Przypilnowali w czasie załatwiania potrzeby i odprowadzili z powrotem na legowisko. Dowódca dyszał ciężko, zmęczony wysiłkiem.
    Kowalski przysypiał, oparty o szafkę. Powinien pilnować Skippera, ale oczy same mu się zamykały. Pomimo to usiadł sztywno, czując skrzydło zaciskające się na rękawie jego kurtki. Porucznik odwrócił głowę. Skipper...
    - Wody... - wyszeptał kapitan. - Kowalski, wody... - porucznik podniósł się z podłogi i zajrzał do dzbanka. Był pusty.
    - Zaraz wrócę, obiecuję. - powiedział i wyszedł z pomieszczenia, biorąc ze sobą kubek. Kiedy wrócił, Skipper leżał na legowisku bez przytomności. Kubek wylądował na ziemi.
    - Szefie! - Kowalski potrząsnął dowódcą. - Szefie! Sanitariuszkę! Pomocy! - do oczu porucznika napłynęły łzy. Do pomieszczenia przybiegła Abigail i zaraz uklękła przy Skipperze.
    - Nie mogę wyczuć pulsu. - powiedziała. - Przystępuję do reanimacji. - Kowalski stał obok, sparaliżowany strachem, zanosząc się histerycznym szlochem.

    28 września 1939 roku
    Skipper otworzył oczy. Wszystko było białe. Sufit, ściany, nawet poduszka. Czyżby to już raj? Kapitan powoli usiadł na łóżku. Przy nim siedzieli jego podwładni, pogrążeni we śnie.
    - Johnson... Kowalski... - odezwał się Skipper. Porucznik zerwał się z miejsca i pociągnął Johnsona za kurtkę.
    - Żyje Szef. - westchnął z ulgą, rzucając się przywódcy w ramiona.
    - Żyję. - potwierdził skipper, odwzajemniając uścisk. - Jak bitwa? Wygraliśmy? Co z Warszawą? Nic nie pamiętam. - Abigail i Kowalski popatrzyli po sobie.
    - Musieliśmy skapitulować. Nie daliśmy rady walczyć na dwa fronty. - powiedziała sanitariuszka.
    - Kiedy? - Skipper podniósł głos. Abigail odetchnęła.
    - Dzisiaj. - odpowiedziała. Skippera jakby zmroziło.
    - Idźcie tam, zróbcie coś, na pewno coś da się zrobić! A... A gdzie Manfredi? - spytał. - Mówcie, bo nie pamiętam.
    - W sali obok. - powiedział Johnson. Skipper momentalnie zerwał się z łóżka i nie zwracając uwagi na nawoływania, pokuśtykał do sąsiedniej sali.
    - Manfredi... - odezwał się, nachylając się nad łóżkiem.
    - Skipper... - Manfredi z wysiłkiem otworzył oczy. - Wybacz... Że rozstaliśmy się... Jako wrogowie... - wyszeptał, pojękując z bólu. Skipper uśmiechnął się przez łzy. Objął podwładnego skrzydłem.
    - Każdy może pobłądzić. - powiedział. - Wybaczam. - Manfredi uśmiechnął się słabo. Głowa opadła mu bezwładnie na poduszkę.

    Skipper położył na nagrobku białą różę i odwrócił się, czując dotyk skrzydła na ramieniu. Przy nim stał Kowalski. Skipper uśmiechnął się. Oboje równym krokiem ruszyli do bramy cmentarnej.

      Obecny czas to Wto Lis 21, 2017 11:51 pm