Polskie forum fanów serialu ,,Pingwiny z Madagaskaru - dołącz do naszej społeczności już dziś!


    Historia Kowalskiego

    Share
    avatar
    Kowalski, opcje!

    Liczba postów : 922
    Reputacja : 2
    Join date : 16/04/2016
    Age : 16
    Skąd : Polska xD

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Kowalski, opcje! on Pią Maj 27, 2016 5:54 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!


    _________________
    avatar
    Alex McPenguin

    Liczba postów : 843
    Reputacja : 3
    Join date : 15/04/2016
    Age : 16
    Skąd : pow. tarnowski

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Alex McPenguin on Pią Maj 27, 2016 6:51 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił?


    _________________
    avatar
    Kowalski, opcje!

    Liczba postów : 922
    Reputacja : 2
    Join date : 16/04/2016
    Age : 16
    Skąd : Polska xD

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Kowalski, opcje! on Pią Maj 27, 2016 7:19 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?


    _________________
    avatar
    Alex McPenguin

    Liczba postów : 843
    Reputacja : 3
    Join date : 15/04/2016
    Age : 16
    Skąd : pow. tarnowski

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Alex McPenguin on Pią Maj 27, 2016 7:42 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.


    _________________
    avatar
    Isia

    Liczba postów : 185
    Reputacja : 1
    Join date : 16/04/2016
    Age : 18
    Skąd : Polska :3

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Isia on Pią Maj 27, 2016 8:51 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.


    _________________
    avatar
    Kowalski, opcje!

    Liczba postów : 922
    Reputacja : 2
    Join date : 16/04/2016
    Age : 16
    Skąd : Polska xD

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Kowalski, opcje! on Sob Maj 28, 2016 11:14 am

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć.


    _________________
    avatar
    Isia

    Liczba postów : 185
    Reputacja : 1
    Join date : 16/04/2016
    Age : 18
    Skąd : Polska :3

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Isia on Sob Cze 04, 2016 9:10 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa...


    _________________
    avatar
    Kowalski, opcje!

    Liczba postów : 922
    Reputacja : 2
    Join date : 16/04/2016
    Age : 16
    Skąd : Polska xD

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Kowalski, opcje! on Nie Cze 05, 2016 2:03 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.


    _________________
    avatar
    Alex McPenguin

    Liczba postów : 843
    Reputacja : 3
    Join date : 15/04/2016
    Age : 16
    Skąd : pow. tarnowski

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Alex McPenguin on Pon Cze 06, 2016 3:08 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.


    _________________
    avatar
    Kowalski, opcje!

    Liczba postów : 922
    Reputacja : 2
    Join date : 16/04/2016
    Age : 16
    Skąd : Polska xD

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Kowalski, opcje! on Pon Cze 06, 2016 4:23 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.
    - Leż, leż. - odezwała się dziewczyna. - Nie chciałam cię przestraszyć, widzę, że jesteś zmęczony. Jestem Sammy.
    - Kowalski... - powiedział niepewnie naukowiec. - Dziękuję że mi załatwiłaś ten pokój. Wiesz, tak bez rezerwacji... i w ogóle.
    - Jasne. - Sammy roześmiała się. - Musze wracać do pracy. Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?


    _________________
    avatar
    Alex McPenguin

    Liczba postów : 843
    Reputacja : 3
    Join date : 15/04/2016
    Age : 16
    Skąd : pow. tarnowski

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Alex McPenguin on Wto Cze 07, 2016 3:24 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.
    - Leż, leż. - odezwała się dziewczyna. - Nie chciałam cię przestraszyć, widzę, że jesteś zmęczony. Jestem Sammy.
    - Kowalski... - powiedział niepewnie naukowiec. - Dziękuję że mi załatwiłaś ten pokój. Wiesz, tak bez rezerwacji... i w ogóle.
    - Jasne. - Sammy roześmiała się. - Musze wracać do pracy. Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?
    Pingwin uśmiechnął się i pokiwał energicznie główką. Zmierzył dziewczynę od stóp do głów, wyglądała na bardzo sympatyczną. Może ona mogła mu w jakiś sposób pomóc? Musiał też przyznać, że jest bardzo ładna.


    _________________
    avatar
    Kowalski, opcje!

    Liczba postów : 922
    Reputacja : 2
    Join date : 16/04/2016
    Age : 16
    Skąd : Polska xD

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Kowalski, opcje! on Wto Cze 07, 2016 6:01 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.
    - Leż, leż. - odezwała się dziewczyna. - Nie chciałam cię przestraszyć, widzę, że jesteś zmęczony. Jestem Sammy.
    - Kowalski... - powiedział niepewnie naukowiec. - Dziękuję że mi załatwiłaś ten pokój. Wiesz, tak bez rezerwacji... i w ogóle.
    - Jasne. - Sammy roześmiała się. - Musze wracać do pracy. Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?
    Pingwin uśmiechnął się i pokiwał energicznie główką. Zmierzył dziewczynę od stóp do głów, wyglądała na bardzo sympatyczną. Może ona mogła mu w jakiś sposób pomóc? Musiał też przyznać, że jest bardzo ładna.
    ___
    Kowalski leżał na łóżku, po sam dziób przykryty kołdrą, majacząc w gorączce. Prawie nie czuł dotyku Sammy, która widząc, że z jej lokatorem jest źle, robiła wszystko, żeby tylko poczuł się lepiej. Lokatorem, bo nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak naprawdę nie jest w wynajmowanym pokoju, tylko w mieszkaniu dziewczyny na najwyższym piętrze hotelu.
    - Sammy... - odezwał się niepewnie, podczas krótkiej chwili świadomości otaczającego go pomieszczenia.


    _________________
    avatar
    Alex McPenguin

    Liczba postów : 843
    Reputacja : 3
    Join date : 15/04/2016
    Age : 16
    Skąd : pow. tarnowski

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Alex McPenguin on Sro Cze 08, 2016 7:32 am

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.
    - Leż, leż. - odezwała się dziewczyna. - Nie chciałam cię przestraszyć, widzę, że jesteś zmęczony. Jestem Sammy.
    - Kowalski... - powiedział niepewnie naukowiec. - Dziękuję że mi załatwiłaś ten pokój. Wiesz, tak bez rezerwacji... i w ogóle.
    - Jasne. - Sammy roześmiała się. - Musze wracać do pracy. Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?
    Pingwin uśmiechnął się i pokiwał energicznie główką. Zmierzył dziewczynę od stóp do głów, wyglądała na bardzo sympatyczną. Może ona mogła mu w jakiś sposób pomóc? Musiał też przyznać, że jest bardzo ładna.
    ___
    Kowalski leżał na łóżku, po sam dziób przykryty kołdrą, majacząc w gorączce. Prawie nie czuł dotyku Sammy, która widząc, że z jej lokatorem jest źle, robiła wszystko, żeby tylko poczuł się lepiej. Lokatorem, bo nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak naprawdę nie jest w wynajmowanym pokoju, tylko w mieszkaniu dziewczyny na najwyższym piętrze hotelu.
    - Sammy... - odezwał się niepewnie, podczas krótkiej chwili świadomości otaczającego go pomieszczenia.
    - Tak? - spytała słodko, dając do herbaty troszkę cytrynki. Zaczęła ją mieszać, patrząc na Naukowca zmartwiona.


    _________________
    avatar
    Kowalski, opcje!

    Liczba postów : 922
    Reputacja : 2
    Join date : 16/04/2016
    Age : 16
    Skąd : Polska xD

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Kowalski, opcje! on Sro Cze 08, 2016 5:11 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.
    - Leż, leż. - odezwała się dziewczyna. - Nie chciałam cię przestraszyć, widzę, że jesteś zmęczony. Jestem Sammy.
    - Kowalski... - powiedział niepewnie naukowiec. - Dziękuję że mi załatwiłaś ten pokój. Wiesz, tak bez rezerwacji... i w ogóle.
    - Jasne. - Sammy roześmiała się. - Musze wracać do pracy. Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?
    Pingwin uśmiechnął się i pokiwał energicznie główką. Zmierzył dziewczynę od stóp do głów, wyglądała na bardzo sympatyczną. Może ona mogła mu w jakiś sposób pomóc? Musiał też przyznać, że jest bardzo ładna.
    ___
    Kowalski leżał na łóżku, po sam dziób przykryty kołdrą, majacząc w gorączce. Prawie nie czuł dotyku Sammy, która widząc, że z jej lokatorem jest źle, robiła wszystko, żeby tylko poczuł się lepiej. Lokatorem, bo nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak naprawdę nie jest w wynajmowanym pokoju, tylko w mieszkaniu dziewczyny na najwyższym piętrze hotelu.
    - Sammy... - odezwał się niepewnie, podczas krótkiej chwili świadomości otaczającego go pomieszczenia.
    - Tak? - spytała słodko, dając do herbaty troszkę cytrynki. Zaczęła ją mieszać, patrząc na Naukowca zmartwiona. Kowalski z trudem podniósł się do pozycji siedzącej.
    - Jest tu toaleta? - spytał słabo.
    - Tak, chodź, zaprowadzę. - Sammy wzięła go pod ramię i pomogła wstać. - Coś się dzieje? Brzuch cię boli? Będziesz wymiotować? - Kowalski pokręcił głową przecząco.


    _________________
    avatar
    Alex McPenguin

    Liczba postów : 843
    Reputacja : 3
    Join date : 15/04/2016
    Age : 16
    Skąd : pow. tarnowski

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Alex McPenguin on Sro Cze 08, 2016 5:58 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.
    - Leż, leż. - odezwała się dziewczyna. - Nie chciałam cię przestraszyć, widzę, że jesteś zmęczony. Jestem Sammy.
    - Kowalski... - powiedział niepewnie naukowiec. - Dziękuję że mi załatwiłaś ten pokój. Wiesz, tak bez rezerwacji... i w ogóle.
    - Jasne. - Sammy roześmiała się. - Musze wracać do pracy. Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?
    Pingwin uśmiechnął się i pokiwał energicznie główką. Zmierzył dziewczynę od stóp do głów, wyglądała na bardzo sympatyczną. Może ona mogła mu w jakiś sposób pomóc? Musiał też przyznać, że jest bardzo ładna.
    ___
    Kowalski leżał na łóżku, po sam dziób przykryty kołdrą, majacząc w gorączce. Prawie nie czuł dotyku Sammy, która widząc, że z jej lokatorem jest źle, robiła wszystko, żeby tylko poczuł się lepiej. Lokatorem, bo nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak naprawdę nie jest w wynajmowanym pokoju, tylko w mieszkaniu dziewczyny na najwyższym piętrze hotelu.
    - Sammy... - odezwał się niepewnie, podczas krótkiej chwili świadomości otaczającego go pomieszczenia.
    - Tak? - spytała słodko, dając do herbaty troszkę cytrynki. Zaczęła ją mieszać, patrząc na Naukowca zmartwiona. Kowalski z trudem podniósł się do pozycji siedzącej.
    - Jest tu toaleta? - spytał słabo.
    - Tak, chodź, zaprowadzę. - Sammy wzięła go pod ramię i pomogła wstać. - Coś się dzieje? Brzuch cię boli? Będziesz wymiotować? - Kowalski pokręcił głową przecząco. - Na pewno? Tylko mi nie zemdlej...
    Nie chciała go za bardzo puścić samego do ubikacji, mimo że w tym miejscu potrzeba trochę prywatności.


    _________________
    avatar
    Kowalski, opcje!

    Liczba postów : 922
    Reputacja : 2
    Join date : 16/04/2016
    Age : 16
    Skąd : Polska xD

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Kowalski, opcje! on Sro Cze 08, 2016 8:03 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.
    - Leż, leż. - odezwała się dziewczyna. - Nie chciałam cię przestraszyć, widzę, że jesteś zmęczony. Jestem Sammy.
    - Kowalski... - powiedział niepewnie naukowiec. - Dziękuję że mi załatwiłaś ten pokój. Wiesz, tak bez rezerwacji... i w ogóle.
    - Jasne. - Sammy roześmiała się. - Musze wracać do pracy. Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?
    Pingwin uśmiechnął się i pokiwał energicznie główką. Zmierzył dziewczynę od stóp do głów, wyglądała na bardzo sympatyczną. Może ona mogła mu w jakiś sposób pomóc? Musiał też przyznać, że jest bardzo ładna.
    ___
    Kowalski leżał na łóżku, po sam dziób przykryty kołdrą, majacząc w gorączce. Prawie nie czuł dotyku Sammy, która widząc, że z jej lokatorem jest źle, robiła wszystko, żeby tylko poczuł się lepiej. Lokatorem, bo nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak naprawdę nie jest w wynajmowanym pokoju, tylko w mieszkaniu dziewczyny na najwyższym piętrze hotelu.
    - Sammy... - odezwał się niepewnie, podczas krótkiej chwili świadomości otaczającego go pomieszczenia.
    - Tak? - spytała słodko, dając do herbaty troszkę cytrynki. Zaczęła ją mieszać, patrząc na Naukowca zmartwiona. Kowalski z trudem podniósł się do pozycji siedzącej.
    - Jest tu toaleta? - spytał słabo.
    - Tak, chodź, zaprowadzę. - Sammy wzięła go pod ramię i pomogła wstać. - Coś się dzieje? Brzuch cię boli? Będziesz wymiotować? - Kowalski pokręcił głową przecząco. - Na pewno? Tylko mi nie zemdlej...
    Nie chciała go za bardzo puścić samego do ubikacji, mimo że w tym miejscu potrzeba trochę prywatności.
    - Na pewno sobie poradzisz? - Kowalski kiwnął głową i złapał za klamkę drzwi od toalety. - No dobrze. - Sammy puściła jego skrzydło. - Ale drzwi mają być uchylone. - Kowalski znowu potaknął. Był w stanie zgodzić się na wszystko, a dziewczyna zajmowała się nim tak troskliwie.


    _________________
    avatar
    Isia

    Liczba postów : 185
    Reputacja : 1
    Join date : 16/04/2016
    Age : 18
    Skąd : Polska :3

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Isia on Sob Cze 11, 2016 1:52 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.
    - Leż, leż. - odezwała się dziewczyna. - Nie chciałam cię przestraszyć, widzę, że jesteś zmęczony. Jestem Sammy.
    - Kowalski... - powiedział niepewnie naukowiec. - Dziękuję że mi załatwiłaś ten pokój. Wiesz, tak bez rezerwacji... i w ogóle.
    - Jasne. - Sammy roześmiała się. - Musze wracać do pracy. Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?
    Pingwin uśmiechnął się i pokiwał energicznie główką. Zmierzył dziewczynę od stóp do głów, wyglądała na bardzo sympatyczną. Może ona mogła mu w jakiś sposób pomóc? Musiał też przyznać, że jest bardzo ładna.
    ___
    Kowalski leżał na łóżku, po sam dziób przykryty kołdrą, majacząc w gorączce. Prawie nie czuł dotyku Sammy, która widząc, że z jej lokatorem jest źle, robiła wszystko, żeby tylko poczuł się lepiej. Lokatorem, bo nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak naprawdę nie jest w wynajmowanym pokoju, tylko w mieszkaniu dziewczyny na najwyższym piętrze hotelu.
    - Sammy... - odezwał się niepewnie, podczas krótkiej chwili świadomości otaczającego go pomieszczenia.
    - Tak? - spytała słodko, dając do herbaty troszkę cytrynki. Zaczęła ją mieszać, patrząc na Naukowca zmartwiona. Kowalski z trudem podniósł się do pozycji siedzącej.
    - Jest tu toaleta? - spytał słabo.
    - Tak, chodź, zaprowadzę. - Sammy wzięła go pod ramię i pomogła wstać. - Coś się dzieje? Brzuch cię boli? Będziesz wymiotować? - Kowalski pokręcił głową przecząco. - Na pewno? Tylko mi nie zemdlej...
    Nie chciała go za bardzo puścić samego do ubikacji, mimo że w tym miejscu potrzeba trochę prywatności.
    - Na pewno sobie poradzisz? - Kowalski kiwnął głową i złapał za klamkę drzwi od toalety. - No dobrze. - Sammy puściła jego skrzydło. - Ale drzwi mają być uchylone. - Kowalski znowu potaknął. Był w stanie zgodzić się na wszystko, a dziewczyna zajmowała się nim tak troskliwie.
    Po wyjściu z toalety, Kowalski usiadł na łóżku, naprzeciwko Sammy.
    -Kim właściwie jesteś? Dlaczego pozwalasz mi zostwać za darmo w pokoju hotelowym? Twój szef nie będzie zły?-zapytał pingwin. Przecież dziewczyna mogła mieć przez niego kłopoty...


    _________________
    avatar
    Kowalski, opcje!

    Liczba postów : 922
    Reputacja : 2
    Join date : 16/04/2016
    Age : 16
    Skąd : Polska xD

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Kowalski, opcje! on Sob Cze 11, 2016 6:20 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.
    - Leż, leż. - odezwała się dziewczyna. - Nie chciałam cię przestraszyć, widzę, że jesteś zmęczony. Jestem Sammy.
    - Kowalski... - powiedział niepewnie naukowiec. - Dziękuję że mi załatwiłaś ten pokój. Wiesz, tak bez rezerwacji... i w ogóle.
    - Jasne. - Sammy roześmiała się. - Musze wracać do pracy. Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?
    Pingwin uśmiechnął się i pokiwał energicznie główką. Zmierzył dziewczynę od stóp do głów, wyglądała na bardzo sympatyczną. Może ona mogła mu w jakiś sposób pomóc? Musiał też przyznać, że jest bardzo ładna.
    ___
    Kowalski leżał na łóżku, po sam dziób przykryty kołdrą, majacząc w gorączce. Prawie nie czuł dotyku Sammy, która widząc, że z jej lokatorem jest źle, robiła wszystko, żeby tylko poczuł się lepiej. Lokatorem, bo nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak naprawdę nie jest w wynajmowanym pokoju, tylko w mieszkaniu dziewczyny na najwyższym piętrze hotelu.
    - Sammy... - odezwał się niepewnie, podczas krótkiej chwili świadomości otaczającego go pomieszczenia.
    - Tak? - spytała słodko, dając do herbaty troszkę cytrynki. Zaczęła ją mieszać, patrząc na Naukowca zmartwiona. Kowalski z trudem podniósł się do pozycji siedzącej.
    - Jest tu toaleta? - spytał słabo.
    - Tak, chodź, zaprowadzę. - Sammy wzięła go pod ramię i pomogła wstać. - Coś się dzieje? Brzuch cię boli? Będziesz wymiotować? - Kowalski pokręcił głową przecząco. - Na pewno? Tylko mi nie zemdlej...
    Nie chciała go za bardzo puścić samego do ubikacji, mimo że w tym miejscu potrzeba trochę prywatności.
    - Na pewno sobie poradzisz? - Kowalski kiwnął głową i złapał za klamkę drzwi od toalety. - No dobrze. - Sammy puściła jego skrzydło. - Ale drzwi mają być uchylone. - Kowalski znowu potaknął. Był w stanie zgodzić się na wszystko, a dziewczyna zajmowała się nim tak troskliwie.
    Po wyjściu z toalety, Kowalski usiadł na łóżku, naprzeciwko Sammy.
    -Kim właściwie jesteś? Dlaczego pozwalasz mi zostawać za darmo w pokoju hotelowym? Twój szef nie będzie zły?-zapytał pingwin. Przecież dziewczyna mogła mieć przez niego kłopoty...
    - Połóż się proszę, bo naprawdę wyglądasz jakbyś zaraz miał zemdleć. - Kowalski położył się na poduszce i nakrył kołdrą. - To nie jest pokój hotelowy. - kontynuowała Sammy. - To moje mieszkanie. Mieszkam na najwyższym piętrze w hotelu, w którym pracuję, bo nie stać mnie na własne. Kiedy wpadłeś do recenzji od razu wiedziałam, ze coś jest z tobą nie tak, a potem zorientowałam się, że jesteś bardzo chory i po prostu postanowiłam ci pomóc. Sama ledwie wiążę koniec z końcem, bo nie zarabiam za wiele, ale możesz ze mną zostać jak długo tylko zechcesz. Przyda mi się towarzystwo.


    _________________
    avatar
    Alex McPenguin

    Liczba postów : 843
    Reputacja : 3
    Join date : 15/04/2016
    Age : 16
    Skąd : pow. tarnowski

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Alex McPenguin on Sro Cze 15, 2016 10:51 am

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.
    - Leż, leż. - odezwała się dziewczyna. - Nie chciałam cię przestraszyć, widzę, że jesteś zmęczony. Jestem Sammy.
    - Kowalski... - powiedział niepewnie naukowiec. - Dziękuję że mi załatwiłaś ten pokój. Wiesz, tak bez rezerwacji... i w ogóle.
    - Jasne. - Sammy roześmiała się. - Musze wracać do pracy. Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?
    Pingwin uśmiechnął się i pokiwał energicznie główką. Zmierzył dziewczynę od stóp do głów, wyglądała na bardzo sympatyczną. Może ona mogła mu w jakiś sposób pomóc? Musiał też przyznać, że jest bardzo ładna.
    ___
    Kowalski leżał na łóżku, po sam dziób przykryty kołdrą, majacząc w gorączce. Prawie nie czuł dotyku Sammy, która widząc, że z jej lokatorem jest źle, robiła wszystko, żeby tylko poczuł się lepiej. Lokatorem, bo nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak naprawdę nie jest w wynajmowanym pokoju, tylko w mieszkaniu dziewczyny na najwyższym piętrze hotelu.
    - Sammy... - odezwał się niepewnie, podczas krótkiej chwili świadomości otaczającego go pomieszczenia.
    - Tak? - spytała słodko, dając do herbaty troszkę cytrynki. Zaczęła ją mieszać, patrząc na Naukowca zmartwiona. Kowalski z trudem podniósł się do pozycji siedzącej.
    - Jest tu toaleta? - spytał słabo.
    - Tak, chodź, zaprowadzę. - Sammy wzięła go pod ramię i pomogła wstać. - Coś się dzieje? Brzuch cię boli? Będziesz wymiotować? - Kowalski pokręcił głową przecząco. - Na pewno? Tylko mi nie zemdlej...
    Nie chciała go za bardzo puścić samego do ubikacji, mimo że w tym miejscu potrzeba trochę prywatności.
    - Na pewno sobie poradzisz? - Kowalski kiwnął głową i złapał za klamkę drzwi od toalety. - No dobrze. - Sammy puściła jego skrzydło. - Ale drzwi mają być uchylone. - Kowalski znowu potaknął. Był w stanie zgodzić się na wszystko, a dziewczyna zajmowała się nim tak troskliwie.
    Po wyjściu z toalety, Kowalski usiadł na łóżku, naprzeciwko Sammy.
    -Kim właściwie jesteś? Dlaczego pozwalasz mi zostawać za darmo w pokoju hotelowym? Twój szef nie będzie zły?-zapytał pingwin. Przecież dziewczyna mogła mieć przez niego kłopoty...
    - Połóż się proszę, bo naprawdę wyglądasz jakbyś zaraz miał zemdleć. - Kowalski położył się na poduszce i nakrył kołdrą. - To nie jest pokój hotelowy. - kontynuowała Sammy. - To moje mieszkanie. Mieszkam na najwyższym piętrze w hotelu, w którym pracuję, bo nie stać mnie na własne. Kiedy wpadłeś do recenzji od razu wiedziałam, ze coś jest z tobą nie tak, a potem zorientowałam się, że jesteś bardzo chory i po prostu postanowiłam ci pomóc. Sama ledwie wiążę koniec z końcem, bo nie zarabiam za wiele, ale możesz ze mną zostać jak długo tylko zechcesz. Przyda mi się towarzystwo.
    - Dziękuje... - uśmiechnął się - chyba pierwszy raz ktoś...dla mnie...zrobił coś takiego...
    Spojrzał w oczy dziewczyny, po czym ją przytulił.


    _________________
    avatar
    Kowalski, opcje!

    Liczba postów : 922
    Reputacja : 2
    Join date : 16/04/2016
    Age : 16
    Skąd : Polska xD

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Kowalski, opcje! on Sro Cze 15, 2016 4:10 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.
    - Leż, leż. - odezwała się dziewczyna. - Nie chciałam cię przestraszyć, widzę, że jesteś zmęczony. Jestem Sammy.
    - Kowalski... - powiedział niepewnie naukowiec. - Dziękuję że mi załatwiłaś ten pokój. Wiesz, tak bez rezerwacji... i w ogóle.
    - Jasne. - Sammy roześmiała się. - Musze wracać do pracy. Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?
    Pingwin uśmiechnął się i pokiwał energicznie główką. Zmierzył dziewczynę od stóp do głów, wyglądała na bardzo sympatyczną. Może ona mogła mu w jakiś sposób pomóc? Musiał też przyznać, że jest bardzo ładna.
    ___
    Kowalski leżał na łóżku, po sam dziób przykryty kołdrą, majacząc w gorączce. Prawie nie czuł dotyku Sammy, która widząc, że z jej lokatorem jest źle, robiła wszystko, żeby tylko poczuł się lepiej. Lokatorem, bo nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak naprawdę nie jest w wynajmowanym pokoju, tylko w mieszkaniu dziewczyny na najwyższym piętrze hotelu.
    - Sammy... - odezwał się niepewnie, podczas krótkiej chwili świadomości otaczającego go pomieszczenia.
    - Tak? - spytała słodko, dając do herbaty troszkę cytrynki. Zaczęła ją mieszać, patrząc na Naukowca zmartwiona. Kowalski z trudem podniósł się do pozycji siedzącej.
    - Jest tu toaleta? - spytał słabo.
    - Tak, chodź, zaprowadzę. - Sammy wzięła go pod ramię i pomogła wstać. - Coś się dzieje? Brzuch cię boli? Będziesz wymiotować? - Kowalski pokręcił głową przecząco. - Na pewno? Tylko mi nie zemdlej...
    Nie chciała go za bardzo puścić samego do ubikacji, mimo że w tym miejscu potrzeba trochę prywatności.
    - Na pewno sobie poradzisz? - Kowalski kiwnął głową i złapał za klamkę drzwi od toalety. - No dobrze. - Sammy puściła jego skrzydło. - Ale drzwi mają być uchylone. - Kowalski znowu potaknął. Był w stanie zgodzić się na wszystko, a dziewczyna zajmowała się nim tak troskliwie.
    Po wyjściu z toalety, Kowalski usiadł na łóżku, naprzeciwko Sammy.
    -Kim właściwie jesteś? Dlaczego pozwalasz mi zostawać za darmo w pokoju hotelowym? Twój szef nie będzie zły?-zapytał pingwin. Przecież dziewczyna mogła mieć przez niego kłopoty...
    - Połóż się proszę, bo naprawdę wyglądasz jakbyś zaraz miał zemdleć. - Kowalski położył się na poduszce i nakrył kołdrą. - To nie jest pokój hotelowy. - kontynuowała Sammy. - To moje mieszkanie. Mieszkam na najwyższym piętrze w hotelu, w którym pracuję, bo nie stać mnie na własne. Kiedy wpadłeś do recenzji od razu wiedziałam, ze coś jest z tobą nie tak, a potem zorientowałam się, że jesteś bardzo chory i po prostu postanowiłam ci pomóc. Sama ledwie wiążę koniec z końcem, bo nie zarabiam za wiele, ale możesz ze mną zostać jak długo tylko zechcesz. Przyda mi się towarzystwo.
    - Dziękuje... - uśmiechnął się - chyba pierwszy raz ktoś...dla mnie...zrobił coś takiego...
    Spojrzał w oczy dziewczyny, po czym ją przytulił. Sammy wstrzymała oddech. Nienawykła do przytulania, odkąd pamiętała była sama na świecie, ale odwzajemniła uścisk.
    - No dobrze... - odezwała się, kiedy chwila się przeciągała. - Kładź się z powrotem. I spać.


    _________________
    avatar
    Alex McPenguin

    Liczba postów : 843
    Reputacja : 3
    Join date : 15/04/2016
    Age : 16
    Skąd : pow. tarnowski

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Alex McPenguin on Sob Cze 18, 2016 8:51 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.
    - Leż, leż. - odezwała się dziewczyna. - Nie chciałam cię przestraszyć, widzę, że jesteś zmęczony. Jestem Sammy.
    - Kowalski... - powiedział niepewnie naukowiec. - Dziękuję że mi załatwiłaś ten pokój. Wiesz, tak bez rezerwacji... i w ogóle.
    - Jasne. - Sammy roześmiała się. - Musze wracać do pracy. Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?
    Pingwin uśmiechnął się i pokiwał energicznie główką. Zmierzył dziewczynę od stóp do głów, wyglądała na bardzo sympatyczną. Może ona mogła mu w jakiś sposób pomóc? Musiał też przyznać, że jest bardzo ładna.
    ___
    Kowalski leżał na łóżku, po sam dziób przykryty kołdrą, majacząc w gorączce. Prawie nie czuł dotyku Sammy, która widząc, że z jej lokatorem jest źle, robiła wszystko, żeby tylko poczuł się lepiej. Lokatorem, bo nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak naprawdę nie jest w wynajmowanym pokoju, tylko w mieszkaniu dziewczyny na najwyższym piętrze hotelu.
    - Sammy... - odezwał się niepewnie, podczas krótkiej chwili świadomości otaczającego go pomieszczenia.
    - Tak? - spytała słodko, dając do herbaty troszkę cytrynki. Zaczęła ją mieszać, patrząc na Naukowca zmartwiona. Kowalski z trudem podniósł się do pozycji siedzącej.
    - Jest tu toaleta? - spytał słabo.
    - Tak, chodź, zaprowadzę. - Sammy wzięła go pod ramię i pomogła wstać. - Coś się dzieje? Brzuch cię boli? Będziesz wymiotować? - Kowalski pokręcił głową przecząco. - Na pewno? Tylko mi nie zemdlej...
    Nie chciała go za bardzo puścić samego do ubikacji, mimo że w tym miejscu potrzeba trochę prywatności.
    - Na pewno sobie poradzisz? - Kowalski kiwnął głową i złapał za klamkę drzwi od toalety. - No dobrze. - Sammy puściła jego skrzydło. - Ale drzwi mają być uchylone. - Kowalski znowu potaknął. Był w stanie zgodzić się na wszystko, a dziewczyna zajmowała się nim tak troskliwie.
    Po wyjściu z toalety, Kowalski usiadł na łóżku, naprzeciwko Sammy.
    -Kim właściwie jesteś? Dlaczego pozwalasz mi zostawać za darmo w pokoju hotelowym? Twój szef nie będzie zły?-zapytał pingwin. Przecież dziewczyna mogła mieć przez niego kłopoty...
    - Połóż się proszę, bo naprawdę wyglądasz jakbyś zaraz miał zemdleć. - Kowalski położył się na poduszce i nakrył kołdrą. - To nie jest pokój hotelowy. - kontynuowała Sammy. - To moje mieszkanie. Mieszkam na najwyższym piętrze w hotelu, w którym pracuję, bo nie stać mnie na własne. Kiedy wpadłeś do recenzji od razu wiedziałam, ze coś jest z tobą nie tak, a potem zorientowałam się, że jesteś bardzo chory i po prostu postanowiłam ci pomóc. Sama ledwie wiążę koniec z końcem, bo nie zarabiam za wiele, ale możesz ze mną zostać jak długo tylko zechcesz. Przyda mi się towarzystwo.
    - Dziękuje... - uśmiechnął się - chyba pierwszy raz ktoś...dla mnie...zrobił coś takiego...
    Spojrzał w oczy dziewczyny, po czym ją przytulił. Sammy wstrzymała oddech. Nienawykła do przytulania, odkąd pamiętała była sama na świecie, ale odwzajemniła uścisk.
    - No dobrze... - odezwała się, kiedy chwila się przeciągała. - Kładź się z powrotem. I spać.
    Kowalski ziewnął i uśmiechnął się do niej.
    - Dobranoc. - Po czym od razu zapadł w głęboki sen.


    _________________
    avatar
    Kowalski, opcje!

    Liczba postów : 922
    Reputacja : 2
    Join date : 16/04/2016
    Age : 16
    Skąd : Polska xD

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Kowalski, opcje! on Nie Cze 19, 2016 3:39 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.
    - Leż, leż. - odezwała się dziewczyna. - Nie chciałam cię przestraszyć, widzę, że jesteś zmęczony. Jestem Sammy.
    - Kowalski... - powiedział niepewnie naukowiec. - Dziękuję że mi załatwiłaś ten pokój. Wiesz, tak bez rezerwacji... i w ogóle.
    - Jasne. - Sammy roześmiała się. - Musze wracać do pracy. Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?
    Pingwin uśmiechnął się i pokiwał energicznie główką. Zmierzył dziewczynę od stóp do głów, wyglądała na bardzo sympatyczną. Może ona mogła mu w jakiś sposób pomóc? Musiał też przyznać, że jest bardzo ładna.
    ___
    Kowalski leżał na łóżku, po sam dziób przykryty kołdrą, majacząc w gorączce. Prawie nie czuł dotyku Sammy, która widząc, że z jej lokatorem jest źle, robiła wszystko, żeby tylko poczuł się lepiej. Lokatorem, bo nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak naprawdę nie jest w wynajmowanym pokoju, tylko w mieszkaniu dziewczyny na najwyższym piętrze hotelu.
    - Sammy... - odezwał się niepewnie, podczas krótkiej chwili świadomości otaczającego go pomieszczenia.
    - Tak? - spytała słodko, dając do herbaty troszkę cytrynki. Zaczęła ją mieszać, patrząc na Naukowca zmartwiona. Kowalski z trudem podniósł się do pozycji siedzącej.
    - Jest tu toaleta? - spytał słabo.
    - Tak, chodź, zaprowadzę. - Sammy wzięła go pod ramię i pomogła wstać. - Coś się dzieje? Brzuch cię boli? Będziesz wymiotować? - Kowalski pokręcił głową przecząco. - Na pewno? Tylko mi nie zemdlej...
    Nie chciała go za bardzo puścić samego do ubikacji, mimo że w tym miejscu potrzeba trochę prywatności.
    - Na pewno sobie poradzisz? - Kowalski kiwnął głową i złapał za klamkę drzwi od toalety. - No dobrze. - Sammy puściła jego skrzydło. - Ale drzwi mają być uchylone. - Kowalski znowu potaknął. Był w stanie zgodzić się na wszystko, a dziewczyna zajmowała się nim tak troskliwie.
    Po wyjściu z toalety, Kowalski usiadł na łóżku, naprzeciwko Sammy.
    -Kim właściwie jesteś? Dlaczego pozwalasz mi zostawać za darmo w pokoju hotelowym? Twój szef nie będzie zły?-zapytał pingwin. Przecież dziewczyna mogła mieć przez niego kłopoty...
    - Połóż się proszę, bo naprawdę wyglądasz jakbyś zaraz miał zemdleć. - Kowalski położył się na poduszce i nakrył kołdrą. - To nie jest pokój hotelowy. - kontynuowała Sammy. - To moje mieszkanie. Mieszkam na najwyższym piętrze w hotelu, w którym pracuję, bo nie stać mnie na własne. Kiedy wpadłeś do recenzji od razu wiedziałam, ze coś jest z tobą nie tak, a potem zorientowałam się, że jesteś bardzo chory i po prostu postanowiłam ci pomóc. Sama ledwie wiążę koniec z końcem, bo nie zarabiam za wiele, ale możesz ze mną zostać jak długo tylko zechcesz. Przyda mi się towarzystwo.
    - Dziękuje... - uśmiechnął się - chyba pierwszy raz ktoś...dla mnie...zrobił coś takiego...
    Spojrzał w oczy dziewczyny, po czym ją przytulił. Sammy wstrzymała oddech. Nienawykła do przytulania, odkąd pamiętała była sama na świecie, ale odwzajemniła uścisk.
    - No dobrze... - odezwała się, kiedy chwila się przeciągała. - Kładź się z powrotem. I spać.
    Kowalski ziewnął i uśmiechnął się do niej.
    - Dobranoc. - Po czym od razu zapadł w głęboki sen.
    ___
    Kowalski przebudził się w nocy, a słysząc podejrzane dźwięki, otworzył oczy i przekręcił się na bok. Sammy siedziała na sąsiednim łóżku opatulona w kołdrę i oglądała jakiś film w telewizji, ale spojrzała na niego, kiedy się poruszył.
    - Hej... - odezwała się. - Przeszkadzam ci? Mam wyłączyć? - spytała, sięgając po pilota.
    - Nie, nie trzeba. - odpowiedział pingwinek, podnosząc się do pozycji półleżącej.


    _________________
    avatar
    Alex McPenguin

    Liczba postów : 843
    Reputacja : 3
    Join date : 15/04/2016
    Age : 16
    Skąd : pow. tarnowski

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Alex McPenguin on Pon Cze 20, 2016 2:31 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.
    - Leż, leż. - odezwała się dziewczyna. - Nie chciałam cię przestraszyć, widzę, że jesteś zmęczony. Jestem Sammy.
    - Kowalski... - powiedział niepewnie naukowiec. - Dziękuję że mi załatwiłaś ten pokój. Wiesz, tak bez rezerwacji... i w ogóle.
    - Jasne. - Sammy roześmiała się. - Musze wracać do pracy. Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?
    Pingwin uśmiechnął się i pokiwał energicznie główką. Zmierzył dziewczynę od stóp do głów, wyglądała na bardzo sympatyczną. Może ona mogła mu w jakiś sposób pomóc? Musiał też przyznać, że jest bardzo ładna.
    ___
    Kowalski leżał na łóżku, po sam dziób przykryty kołdrą, majacząc w gorączce. Prawie nie czuł dotyku Sammy, która widząc, że z jej lokatorem jest źle, robiła wszystko, żeby tylko poczuł się lepiej. Lokatorem, bo nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak naprawdę nie jest w wynajmowanym pokoju, tylko w mieszkaniu dziewczyny na najwyższym piętrze hotelu.
    - Sammy... - odezwał się niepewnie, podczas krótkiej chwili świadomości otaczającego go pomieszczenia.
    - Tak? - spytała słodko, dając do herbaty troszkę cytrynki. Zaczęła ją mieszać, patrząc na Naukowca zmartwiona. Kowalski z trudem podniósł się do pozycji siedzącej.
    - Jest tu toaleta? - spytał słabo.
    - Tak, chodź, zaprowadzę. - Sammy wzięła go pod ramię i pomogła wstać. - Coś się dzieje? Brzuch cię boli? Będziesz wymiotować? - Kowalski pokręcił głową przecząco. - Na pewno? Tylko mi nie zemdlej...
    Nie chciała go za bardzo puścić samego do ubikacji, mimo że w tym miejscu potrzeba trochę prywatności.
    - Na pewno sobie poradzisz? - Kowalski kiwnął głową i złapał za klamkę drzwi od toalety. - No dobrze. - Sammy puściła jego skrzydło. - Ale drzwi mają być uchylone. - Kowalski znowu potaknął. Był w stanie zgodzić się na wszystko, a dziewczyna zajmowała się nim tak troskliwie.
    Po wyjściu z toalety, Kowalski usiadł na łóżku, naprzeciwko Sammy.
    -Kim właściwie jesteś? Dlaczego pozwalasz mi zostawać za darmo w pokoju hotelowym? Twój szef nie będzie zły?-zapytał pingwin. Przecież dziewczyna mogła mieć przez niego kłopoty...
    - Połóż się proszę, bo naprawdę wyglądasz jakbyś zaraz miał zemdleć. - Kowalski położył się na poduszce i nakrył kołdrą. - To nie jest pokój hotelowy. - kontynuowała Sammy. - To moje mieszkanie. Mieszkam na najwyższym piętrze w hotelu, w którym pracuję, bo nie stać mnie na własne. Kiedy wpadłeś do recenzji od razu wiedziałam, ze coś jest z tobą nie tak, a potem zorientowałam się, że jesteś bardzo chory i po prostu postanowiłam ci pomóc. Sama ledwie wiążę koniec z końcem, bo nie zarabiam za wiele, ale możesz ze mną zostać jak długo tylko zechcesz. Przyda mi się towarzystwo.
    - Dziękuje... - uśmiechnął się - chyba pierwszy raz ktoś...dla mnie...zrobił coś takiego...
    Spojrzał w oczy dziewczyny, po czym ją przytulił. Sammy wstrzymała oddech. Nienawykła do przytulania, odkąd pamiętała była sama na świecie, ale odwzajemniła uścisk.
    - No dobrze... - odezwała się, kiedy chwila się przeciągała. - Kładź się z powrotem. I spać.
    Kowalski ziewnął i uśmiechnął się do niej.
    - Dobranoc. - Po czym od razu zapadł w głęboki sen.
    ___
    Kowalski przebudził się w nocy, a słysząc podejrzane dźwięki, otworzył oczy i przekręcił się na bok. Sammy siedziała na sąsiednim łóżku opatulona w kołdrę i oglądała jakiś film w telewizji, ale spojrzała na niego, kiedy się poruszył.
    - Hej... - odezwała się. - Przeszkadzam ci? Mam wyłączyć? - spytała, sięgając po pilota.
    - Nie, nie trzeba. - odpowiedział pingwinek, podnosząc się do pozycji półleżącej.
    - A jak się czujesz? Przynieść ci coś może? - Dziewczyna przyciszyła troszkę telewizor, podeszła do Naukowca i położyła delikatnie skrzydło na jego czole.


    _________________
    avatar
    Kowalski, opcje!

    Liczba postów : 922
    Reputacja : 2
    Join date : 16/04/2016
    Age : 16
    Skąd : Polska xD

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Kowalski, opcje! on Pon Cze 20, 2016 7:32 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.
    - Leż, leż. - odezwała się dziewczyna. - Nie chciałam cię przestraszyć, widzę, że jesteś zmęczony. Jestem Sammy.
    - Kowalski... - powiedział niepewnie naukowiec. - Dziękuję że mi załatwiłaś ten pokój. Wiesz, tak bez rezerwacji... i w ogóle.
    - Jasne. - Sammy roześmiała się. - Musze wracać do pracy. Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?
    Pingwin uśmiechnął się i pokiwał energicznie główką. Zmierzył dziewczynę od stóp do głów, wyglądała na bardzo sympatyczną. Może ona mogła mu w jakiś sposób pomóc? Musiał też przyznać, że jest bardzo ładna.
    ___
    Kowalski leżał na łóżku, po sam dziób przykryty kołdrą, majacząc w gorączce. Prawie nie czuł dotyku Sammy, która widząc, że z jej lokatorem jest źle, robiła wszystko, żeby tylko poczuł się lepiej. Lokatorem, bo nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak naprawdę nie jest w wynajmowanym pokoju, tylko w mieszkaniu dziewczyny na najwyższym piętrze hotelu.
    - Sammy... - odezwał się niepewnie, podczas krótkiej chwili świadomości otaczającego go pomieszczenia.
    - Tak? - spytała słodko, dając do herbaty troszkę cytrynki. Zaczęła ją mieszać, patrząc na Naukowca zmartwiona. Kowalski z trudem podniósł się do pozycji siedzącej.
    - Jest tu toaleta? - spytał słabo.
    - Tak, chodź, zaprowadzę. - Sammy wzięła go pod ramię i pomogła wstać. - Coś się dzieje? Brzuch cię boli? Będziesz wymiotować? - Kowalski pokręcił głową przecząco. - Na pewno? Tylko mi nie zemdlej...
    Nie chciała go za bardzo puścić samego do ubikacji, mimo że w tym miejscu potrzeba trochę prywatności.
    - Na pewno sobie poradzisz? - Kowalski kiwnął głową i złapał za klamkę drzwi od toalety. - No dobrze. - Sammy puściła jego skrzydło. - Ale drzwi mają być uchylone. - Kowalski znowu potaknął. Był w stanie zgodzić się na wszystko, a dziewczyna zajmowała się nim tak troskliwie.
    Po wyjściu z toalety, Kowalski usiadł na łóżku, naprzeciwko Sammy.
    -Kim właściwie jesteś? Dlaczego pozwalasz mi zostawać za darmo w pokoju hotelowym? Twój szef nie będzie zły?-zapytał pingwin. Przecież dziewczyna mogła mieć przez niego kłopoty...
    - Połóż się proszę, bo naprawdę wyglądasz jakbyś zaraz miał zemdleć. - Kowalski położył się na poduszce i nakrył kołdrą. - To nie jest pokój hotelowy. - kontynuowała Sammy. - To moje mieszkanie. Mieszkam na najwyższym piętrze w hotelu, w którym pracuję, bo nie stać mnie na własne. Kiedy wpadłeś do recenzji od razu wiedziałam, ze coś jest z tobą nie tak, a potem zorientowałam się, że jesteś bardzo chory i po prostu postanowiłam ci pomóc. Sama ledwie wiążę koniec z końcem, bo nie zarabiam za wiele, ale możesz ze mną zostać jak długo tylko zechcesz. Przyda mi się towarzystwo.
    - Dziękuje... - uśmiechnął się - chyba pierwszy raz ktoś...dla mnie...zrobił coś takiego...
    Spojrzał w oczy dziewczyny, po czym ją przytulił. Sammy wstrzymała oddech. Nienawykła do przytulania, odkąd pamiętała była sama na świecie, ale odwzajemniła uścisk.
    - No dobrze... - odezwała się, kiedy chwila się przeciągała. - Kładź się z powrotem. I spać.
    Kowalski ziewnął i uśmiechnął się do niej.
    - Dobranoc. - Po czym od razu zapadł w głęboki sen.
    ___
    Kowalski przebudził się w nocy, a słysząc podejrzane dźwięki, otworzył oczy i przekręcił się na bok. Sammy siedziała na sąsiednim łóżku opatulona w kołdrę i oglądała jakiś film w telewizji, ale spojrzała na niego, kiedy się poruszył.
    - Hej... - odezwała się. - Przeszkadzam ci? Mam wyłączyć? - spytała, sięgając po pilota.
    - Nie, nie trzeba. - odpowiedział pingwinek, podnosząc się do pozycji półleżącej.
    - A jak się czujesz? Przynieść ci coś może? - Dziewczyna przyciszyła troszkę telewizor, podeszła do Naukowca i położyła delikatnie skrzydło na jego czole. Gorączka ciągle się utrzymywała.
    - Troszkę lepiej. Przynajmniej już nie jest mi tak koszmarnie niedobrze. - Kowalski zdobył się na słaby uśmiech - A czy przynieść... Mogłabyś szklankę wody? Chociaż... ja w sumie mogę sobie wziąć sam. - naukowiec przymierzał się już do wygrzebania się spod kołdry.


    _________________
    avatar
    Alex McPenguin

    Liczba postów : 843
    Reputacja : 3
    Join date : 15/04/2016
    Age : 16
    Skąd : pow. tarnowski

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Alex McPenguin on Sro Cze 22, 2016 12:42 pm

    Atmosfera w bazie stawała się coraz bardziej napięta, gdy Kowalski usiłował naprawić to, co znowu zepsuł, a mianowicie wynalazek, który właśnie stawał w płomieniach. Rozdrażniony czterogodzinną walką naukowca z ogniem, Szef wyłączył telewizor i wyjąwszy z brzucha Rico gaśnicę opryskał pianą nie ogień, lecz samego naukowca, chcąc wyładować gniew, który od tych czterech godzin wzbierał w nim coraz bardziej.
    -Żołnierzu, czy możecie mi powiedzieć, kiedy w końcu nauczycie się tworzyć wynalazki, które nie będą próbowały nas zabić?
    Naukowiec z godnością otrzepał pióra z piany, lecz zanim zdążył odeprzeć atak Szefa jakąś ciętą, naukową ripostą, jego machina zaatakowała po raz kolejny i silny podmuch odrzucił go na ścianę.
    -Uporajcie się z tym zanim całkowicie stracę cierpliwość - polecił reszcie oddziału Szef.
    Kowalski bezradnie patrzył jak Rico pozbywa się kłopotliwej maszyny, tłumiąc w sobie szloch.
    -Kaboom, hehe-zarechotał Rico z zadowoleniem.
    -Szefie... Ta machina... To było moje największe życiowe osiągnięcie!
    -Kowalski...czy wy chcecie mi powiedzieć, że to coś co właśnie stanęło w płomieniach, tak jak większość waszych wynalazków to przełomowe osiągnięcie?-odparł Szef z ironią w głosie.
    - Mhm... - Kowalski kiwnął głową, po policzkach poleciały mu łzy, a on sam zrobił to, czego nie robił odkąd był małym pisklakiem. Rozpłakał się.
    Szeregowemu, który przyglądał się całej sytuacji, nagle zrobiło się żal naukowca i stwierdził że należy go pocieszyć. Skipper za to w osłupieniu przyglądał się podwładnemu, który mazał się jak gdyby naprawdę był dzieckiem.
    -Cicho, już spokojnie, Kowalski, nie łam się... - szepnął Szeregowy, darząc Szefa karcącym spojrzeniem.
    Skipper przewrócił oczami.
    -Kowalski, czy wy jesteście mężczyzną czy płaczliwą panienką? - Kowalski nie odpowiedział, ciągle płacząc, pomimo złośliwej uwagi Skippera i próbach pocieszenia Szeregowego.
    - Przepraszam, muszę do łazienki... - powiedział w końcu i wycofał się z pomieszczenia głównego.
    ___
    Gdy Kowalski przekroczył drzwi toalety, wziął głęboki oddech i zaczął się zastanawiać, czemu kolejny z jego wynalazków zakończył żywot spektakularnym wybuchem. Usiadł na podłodze, opierając się plecami o drzwi i odetchnął głęboko, usiłując sobie przypomnieć czy nie machnął się gdzieś w obliczeniach, ale niczego takiego nie pamiętał.
    puk puk
    -Kowalski... wszystko w porządku?
    Naukowiec spojrzał na drzwi, zza których wyglądał nieśmiało Szeregowy.
    - Tak, nie bój się, nic mi nie jest. - Kowalski wstał z podłogi i wytarł łzy. - Pewnie macie mnie już dość. Szef coś mówił?
    -Chodzi po bazie, jest strasznie zdenerwowany i wyklina wszystkie twoje wynalazki-odparł Szeregowy.
    - Muszę tam iść? - Szeregowy bez słowa kiwnął główką. Kowalski wziął głęboki wdech.
    -Zaraz. Poczekaj na mnie.
    Szeregowy wyszedł z pomieszczenia. Kowalski wziął jeszcze jeden głęboki oddech i podszedł do swojego biurka. Chwilę potem dołączył do młodego.
    - Kowalski... - zaczął Skipper szorstko, kiedy oboje znaleźli się w pomieszczeniu głównym. - Macie szlaban, rozumiecie? Do odwołania. Dopóki nie uznam, że sobie na to zasłużyliście. Rozumiecie przekaz?
    -Nie!
    Harda odpowiedź naukowca wybiła Szefa na chwilę z tonu.
    - Jak to? - odpowiedział w końcu. - Wy zdajecie sobie sprawę z tego, że ja jestem waszym dowódcą? A to jest niesubordynacja! - warknął i podszedł powoli do niego. Naukowiec dopiero po paru sekundach zdał sobie sprawę, jaką głupotę popełnił. Skipper mocno trzasnął go po dziobie, a potem dla równowagi uderzył z drugiej strony.
    - Wybacz Szefie, ale melduję nieposłuszeństwo...
    Szeregowy wykrzywił się, widząc jak jego przyjaciel oberwał.
    - Mam nadzieję Kowalski, że to się już więcej nie powtórzy, bo inaczej wylecicie!
    - Tak po prostu mi Szef odpuszcza? - spytał naukowiec, zdając sobie sprawę, że jest na straconej pozycji, a jednak brnie w to dalej. - Może Szef się boi, że go nie posłucham? - skrzydła Kowalskiego zacisnęły się w pięści.
    Oczy Skippera zabłysły złowrogo.
    -Rico-wycedził Szef-macie natychmiast zniszczyć wszystkie wynalazki Kowalskiego. Co do jednego.
    - A-ale... - zaczął naukowiec, ale uznawszy, ze pertraktacje są daremne, westchnął. - Dobrze. Ma Szef moje słowo, że już nigdy więcej nie tknę śrubokrętu.
    Skipper uspokoił się trochę. Z sąsiedniego pomieszczenia dał się słyszeć dźwięk niszczonych sprzętów. Rico już szalał. Kowalski za to stał na baczność, udając, że nie słyszy głosów dochodzących zza ściany, choć w środku cały się trząsł. Jego jestestwo właśnie umarło, a wraz z nim dusza naukowca. Serduszko Kowalskiego pękło na dwoje. Próbował powstrzymać napływające łzy, ale niestety nie udało mu się. Wybuchnął niekontrolowanym płaczem.
    - Dlaczego wy mnie tak wszyscy nienawidzicie?! - wybełkotał, po czym padł na ,,kolana'', chowając twarzyczkę w skrzydłach. - Moje dzieci... - Skipper poczuł, że coś ściska go w piersi.
    - Sorry. Odrobinę przesadziłem. - powiedział, kucając obok Kowalskiego. - Co... cofam wszystko! Przepraszam. Trochę... Za bardzo się wkurzyłem. Przepraszam was. Przepraszam. Kowalski? Serio, nie płaczcie. - naukowiec drgnął, kiedy dowódca mocno go przytulił.
    - Aww, jakie to słodkie - rzekł Szeregowy, składając skrzydełka i robiąc słodkie oczka, przez co Rico miał ochotę zwrócić śniadanie.
    - Przytulenie w niczym tu nie pomoże Szefie! Moje dzieci... ich już nie ma... nie mogę tak żyć!
    - Eee tam. zbudujecie sobie nowe. - Skipper machnął lekceważąco skrzydłem. Kowalski za to przeszył go morderczym spojrzeniem.
    -No już dobrze, Kowalski. Dostaniesz na pocieszenie ciasto rybne. Rico, wyczaruj nam ciasto.
    -Bleee!-dał się słyszeć znajomy odgłos.
    - Nie chce żadnego ciastka, chce moje dzieci z powrotem! Jesteście potworami, nie liczycie się z moimi uczuciami! Nigdy nie zrozumiecie takiego inteligentnego naukowca jak ja! Chce zostać sam, nienawidzę was wszystkich! - wykrzyczał i wszedł do laboratorium, trzaskając drzwiami.
    - Szefie i co teraz? - spytał smutny Szeregowy. - Skrzywdziliśmy go i to bardzo. To nie ładnie z naszej strony...
    Tymczasem w laboratorium, Kowalski usiłował powstrzymać płacz. W jego głowie szumiało tysiące myśli. I wtedy pojawiła się ta jedna.
    -Już wiem u kogo poszukam pocieszenia-wyszeptał-Doris...
    Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i założył okulary przeciw słoneczne.
    - Tylko ona jedyna mnie zrozumie... a nie Ci... Ci... - zaszlochał cichutko i wymknął się z bazy, zmierzając w stronę zatoki. Kiedy wreszcie tam dotarł, usiadł na brzegu i wpatrywał się w horyzont. - Doris mi pomoże i ja... ja im jeszcze pokaże!
    - Kowalski? - Pingwin słysząc słodki głosik swojej ukochanej zerwał się na równe nogi i spojrzał jej stronę.
    - D-D-Doooorisss... - zachichotał, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
    - Co ty tutaj robisz? - zapytała.
    - Przyszedłem... D-do ciebie... - wyjąkał. - Mogę z tobą zamieszkać?
    -Hmmm, no wiesz Kowalski, mogę Cię przyjąć w moim domu, ale będę musiała zapytać o zgodę mojego nowego chłopaka.
    Kowalskiemu zrzedła mina...
    - N-no-nowego ch-chłopaka? - wyjąkał.
    - Tak, chłopaka. Ma na imię Jack i jest cudowny. Jak go poznasz to na pewno go polubisz! - pisnęła.
    Kowalski już miał naprawdę dosyć.
    ,,Dlaczego nie mogę być chociaż raz w życiu szczęśliwy? Dlaczego mi się nigdy nic nie udaje? Dlaczego Doris mnie nie kocha?!'' - pomyślał, wpatrując się w swoje łapki.
    - No dobrze, niech będzie. - westchnął. - Muszę przecież gdzieś mieszkać. - dodał i zanurkował w wodzie, w ślad za delfinicą.
    - Hm... a chłopaków gdzie masz? Kolejny wynalazek ich w końcu zabił? - zaśmiała się, ale natychmiast spoważniała, gdy Kowalski rzucił jej mordercze spojrzenie.
    ___
    Mieszkanie Doris okazało się być miejscem absolutnie dziewczęcym i bardzo... różowym. Kowalski rozglądał się dookoła z rozdziawionym dziobem. Różowy, gdzie był wszędzie, sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
    - Bardzo... różowo... i... ładnie, bardzo - powiedział, uśmiechając się do swojej ukochanej.
    - Wiem. Jack też kocha różowy kolor.
    Na dźwięk swojego imienia, z drugiego pomieszczenia wyłonił się niezwykle elegancki samiec maskonura złotoczubego. Kowalski nie ufał maskonurom...
    - A to jakiś gej? - wypalił, zanim zdążył dwa razy pomyśleć. Doris wzięła się pod boki i posłała mu kwaśną minę.
    -Witam. Zapewniam pana, że nie jestem gejem-Jack objął Doris-a pan nazywa się...?
    - Kowalski. - pingwinek wyciągnął skrzydło. - I przepraszam za tego geja. Nie pomyślałem. - Jack uścisnął skrzydło Kowalskiego, uśmiechając się porozumiewawczo.
    - Nic nie szkodzi. - zapewnił. - Co pana do nas sprowadza?
    - Doris pozwoliła mi pomieszkać z państwem kilka dni. - Kowalski przeszedł na język oficjalny. - Mam nadzieję, ze to nie kłopot.
    -Jeśli tylko moja ukochana sobie tego życzy, może pan zostać-odparł Jack. - Proszę za mną.
    Maskonur poprowadził Kowalskiego do pokoju, w którym naukowiec od dziś miał rezydować. Pingwinek rozglądał się z zachwytem. Ściany oklejone beżową tapetą w różyczki, łóżko z najprawdziwszym baldachimem, drewniany stolik, fotel i... biblioteczka. Kowalski uśmiechnął się.
    Czuł się tu coraz lepiej, wydawało mu się że Jack to całkiem miły gość. No, może poza faktem że jest chłopakiem Doris.
    - Za dwadzieścia minut będzie kolacja chłopcy! - zwołała Doris.
    - Co tam przygotowuje dzisiaj moja królewna? - spytał Jack, dziecięcym głosem, przez co Kowalskiemu zachciało się śmiać.
    - Dziś naleśniki na słono z grzybami, a do tego sałatka z suszonych pomidorów, sałaty, rukoli i oliwek. - Doris wyjrzała z kuchni.
    - Mmm... - Jack aż się oblizał. - Zasmakuje ci, zobaczysz. - zwrócił się do Kowalskiego. Naukowiec położył swoje rzeczy na łóżku i ruszył za maskonurem do jadalni.
    - A rączki umyte? - spytała delfinica, wycierając płetwy. - Potem dostaniecie coś jeszcze pyszniejszego. - Kowalski uśmiechnął się. Czuł się tu już niemalże jak w domu.
    ___
    Po jedzeniu Kowalski zdecydował, że położy się już do łóżka. To był długi dzień.
    Zastanawiało go bardzo co robią teraz jego bracia. Czy w ogóle za nim tęsknią?
    Jak dotąd, o wiele lepiej czuł się o Jacka i Doris niż w bazie.
    -Skoro tutaj jest tyle książek-wyszeptał Kowalski-to być może Jack również jest naukowcem i znajdziemy jakiś temat do rozmowy? Może w końcu ktoś mnie zrozumie na tym szalonym świecie? - Kowalski zerwał się na równe nogi, musiał się już od razu spytać. W tej chwili. Tylko... jak... jak zacząć rozmowę z nim? Może wcale nie jest naukowcem?
    Po chwili namysłu, Kowalski stwierdził że Jack i Doris na pewno już śpią-zresztą sugerowały to zgaszone światła w całym mieszkaniu i cisza jak makiem zasiał. Nie było więc sensu ich budzić, tylko po to by zadać Jackowi to jedno pytanie. Jednak ciekawość była nie do zaspokojenia. Kowalski postanowił potajemnie "zwiedzić" mieszkanie... wyślizgnął się ze swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Żadnych zamkniętych drzwi, więc nie będzie musiał robić niepotrzebnego hałasu. Kuchnię już widział, teraz zajrzał do salonu. Przed telewizorem oprócz kanapy stało ogromne akwarium dla Doris, a na ścianach wisiało kilka kiczowatych obrazków. Po namyśle Kowalski stwierdził, że daruje sobie teraz ich oglądanie i poszedł dalej. Wchodząc do następnego pokoju omal nie krzyknął. Jego oczom ukazał się nowoczesny superkomputer i mnóstwo gadżetów, które swego czasu chciał oglądać podczas Invexpo. Uważając by nie potknąć się o leżące na ziemi kable, Kowalski podziwiał sprzęt.
    -Jack musi mieć mnóstwo pieniędzy, nikogo normalnego nie stać na taką ilość tak drogich rzeczy-pomyślał naukowiec. Uśmiechnął się, kręcąc głową. Może naprawdę uda mu się znaleźć wspólny język z maskonurem? Kowalski ziewnął szeroko, był naprawdę zmęczony, więc postanowił zajrzeć jeszcze o następnego pokoju i pójśc spać. Trafił do sypialni Doris i jej chłopaka. Oboje spali jak zabici, a Kowalskiemu wydawało się, że z każdym jego krokiem podłoga trzeszczy sto razy głośniej niż normalnie. Wtedy uwagę naukowca przykuł leżący na komodzie notes... Z ciężkim sercem i nie bez wyrzutów sumienia zgarnął go z regału i zabrał ze sobą, postanawiając go traktować, jako coś lekkiego do poczytania przed snem-najwyżej rano szybko odłoży go na miejsce. Kowalski cicho wycofał się do "swojego" pokoju. Zakopał się pod kołdrą i otworzył notes na pierwszej stronie, który zapełniony był mnóstwami obliczeń, wzorów i wyrażeń, w których Kowalski nie mógł doszukać się sensu. Nawet nie zauważył, kiedy usnął.
    ___
    - Kochanie, brałaś może mój notes? Leżał na komodzie... - Kiedy Kowalski usłyszał tylko głos Jack'a, zerwał się na równe nogi i przycisnął notesik mocno do piersi.
    - Nie brałam! - odkrzyknęła Doris. Pod wpływem impulsu naukowiec wcisnął notes pod poduszkę i wstał z łóżka, postanawiając grać zaspanego, gdyż w sumie taki był.
    - Eh... - westchnął Jack - to kto go wziął? Rozpłynął się w powietrzu?! Miałem tam bardzo ważne obliczenia!
    - Nie krzycz tak. Kowalski śpi.
    - A właśnie, Kowalski! Może on coś o tym wie... idę sprawdzić - powiedziawszy to, ruszył w stronę pokoju pingwina. Kowalski akurat wychodził z pokoju, przecierając oczy, kiedy wpadł na maskonura.
    - Cześć. - odezwał się Jack. - Widziałeś gdzieś mój notes z obliczeniami?
    - Jaki notes? - wypalił pingwinek, ganiąc się w myślach za pochopną odpowiedź i skierował się do salonu, gdzie zastał Doris w jej ogromnym akwarium, która ćwiczyła przed telewizorem coś, co przypominało fitness.
    - Doris, gdzie jest łazienka? - odezwał się nieśmiało, nie chcąc przeszkadzać.
    Dziewczyna mu nie odpowiedziała, była zbyt zajęta ćwiczeniem. Kowalski westchnął i przewrócił oczami.
    - Doooris!
    - Korytarzem prosto i trzecie drzwi po lewej! - Kowalski kiwnął głową i zamknął się w łazience, zamykając drzwi na zasuwkę. Westchnął ciężko. Nie spodziewał się, ze ten notes jest taki ważny. Przecież nie mógł tak po prostu oddać go Jackowi. Zwłaszcza, ze czytał jego zapiski.
    - Kochanie, na pewno go nie widziałaś?! - wrzasnął zdenerwowany chłopak Doris.
    - Nie! Poza tym to tylko notes, kupisz sobie nowy!
    Kowalski przełknął głośno ślinę. Patrzył smętnie jak wanna napełnia się wodą, a do oczu powoli napływały mu łzy. Znowu wpędził się w kłopoty. Przez własną głupotę może stracić teraz przyjaciół i mieszkanie. Naukowiec kucnął obok wanny i rozpłakał się. Wszystko co się ostatnio wydarzyło,stało się z jego winy.
    Doris akurat przechodziła obok łazienki, gdy usłyszała szloch Kowalskiego.
    - Kowalski, stało się coś? - spytała, podchodząc bliżej drzwi. - Ty... ty płaczesz? Chcesz może porozmawiać?
    - Kowalski, otwórz drzwi! - do dziewczyny dołączył też Jack. Pingwinek okręcił głową przecząco, czego przecież żadne z nich nie mogło zobaczyć.
    - Kowalski, proszę! - powtórzyła Doris. - Nie masz się czego bać, w razie coś pomożemy. - Kowalski drżąc od tłumionego szlochu, odsunął zasuwkę i do łazienki wpadł maskonur, razem z delfinicą.
    Kowalski pisnął, chowając za sobą notesik. Serce trzepotało mu jak zamknięty ptak w klatce. Kompletnie nie wiedział jak ma się w tym momencie zachować. Nawet bał się spojrzeć na ich obojga.
    - Kowalski... co się stało? - spytała go, podchodząc powoli do niego.
    Naukowiec oparł się o ścianę, dociskając do niej notes plecami. Wystarczy jeden pochopny ruch i wszystko się wyda...
    - N-nie... wszystko dobrze... - wyjąkał, jego policzki oblał straszny rumieniec. Ścisnął mocno notes w skrzydłach.
    - Właśnie Kowalski, skoro już jesteś, wiesz może gdzie znajduje się mój notes? - zapytał Jack, spoglądając na niego podejrzanie. Pingwinek wyciągnął zza pleców jego rzecz.
    - Przepraszam Jack... - wyjąkał. - Wziąłem go żeby tylko przejrzeć, a potem nie potrafiłem ci oddać.
    - Już dobrze. - odpowiedział maskonur, biorąc od niego notes. - Ale to i tak lekcja, że cudzych rzeczy się raczej nie bierze. Kochanie, możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Kowalskim sam na sam.
    - Oczywiście. - odpowiedziała Doris i zniknęła za drzwiami.
    Twarz Jacka przybrała przerażający wyraz. Kowalski poczuł dreszcz przebiegający po kręgosłupie...
    - Jesteś zły? - wypalił pingwinek.
    - Jestem. - odpowiedział maskonur. - Ale spokojnie. Wiesz... Ja pracuję dla FBI. Nawet Doris o tym nie wie. Ten notes był dla mnie taki ważny, bo są w nim obliczenia dotyczące mojej pracy. Dlatego chciałem go odzyskać. Widziałem, ze myszkowałeś mi po pracowni.
    - M-masz... eee... dobre pomysły... eee... na to i... tamto... ekhm, ekhm - zakaszlał i spuścił wzrok. - Jeszcze raz przepraszam. Ja tylko chciałem...
    - Rozumiem. Ale mam prośbę: nie mów o niczym Doris. A jeżeli tylko coś...
    - Nic nie powiem! - pisnął przerażający Kowalski, unosząc skrzydła do góry. - Obiecuję! Będę milczał jak grób, Doris się o niczym nie dowie!
    - Dobrze. - Jack kiwnął głową. - Wykąp się teraz, uspokój i przyjdź na śniadanie, ok?
    - Ok. - Kowalskiemu udało się uśmiechnąć. Chwilę potem siedział już w wannie pełnej cieplutkiej wody, rozmyślając o tym, co powiedział mu maskonur. Co właściwie robi Jack dla FBI? Jakich informacji im dostarcza? I właściwie po czyjej stronie jest FBI? Pingwinek westchnął i oparł się o brzeg wanny. Od domysłów zaczynała boleć go głowa.
    - Hej Kowalski, co byś chciał na śniadanie?! - zawołała wesoło Doris, kiedy naukowiec wszedł do kuchni z wciąż mokrymi piórkami.
    - Ale... ja umiem sobie zrobić jeść. - zaprotestował Kowalski. - No dobrze, jajecznica. - zdecydował, widząc wyczekującą minę delfinicy.
    - Zrobię ci taką z grzybami. - uśmiechnęła się dziewczyna. Kowalski przeniósł wzrok na Jacka.
    Naukowiec nie przepadał za bardzo za grzybami, ale w końcu nie wypada tak u kogoś mówić. Kiedy wzrok jego i Jack'a się spotkały, lekko się uśmiechnął. Chociaż dalej mu było głupio, że wziął mu notes. Chociaż w jajecznicy znajdowały się obiecane leśne skarby, to z talerza Kowalskiego zniknęła w szaleńczym tempie. Naukowiec oblizał się.
    - Mogę jeszcze? - spytał, podnosząc talerz.
    - A Skipper to cię głodził? - spytała Doris. - Nie bój się, ja ci nie będę jedzenia żałować.
    - Nie chce o nim rozmawiać... - westchnął, a kiedy danie znów pojawiło się na talerzu zniknęło szybciutko. - Pycha! Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
    Był najedzony, ale już zastanawiał się nad tym, co będzie na obiad.
    - Może mógłbym polecieć po zakupy, czy coś? - odezwał się, oblizując widelec.
    - A co chcesz na obiad? - spytała Doris.
    - Zjem co ugotujesz. - odpowiedział Kowalski, nie chcąc być niegrzeczny. - Ale jeślibyś mogła zrobić sushi? Umiesz?
    - Pewnie. Tylko potrzebna mi będzie ryba i ryż.
    Chłopak pisnął zadowolony i zaklaskał. Sushi było dla niego wszystkim. A z płetw Doris, jedzenie byłoby jeszcze lepsze niż Rico. Przez chwile Kowalskiemu zrobiło się przykro, niby znalazł Doris, schronienie, ale przyjaciele zostali, pomimo że miał już dosyć Skipper'a tęskni za nim. Tęskni za nimi wszystkimi.
    ___
    Kiedy Kowalski wszedł do kuchni z torbą z zakupami w skrzydle, Doris akurat rozmawiała przez telefon.
    - Tak, właśnie wrócił. Już ci go daję. - Kowalski spojrzał na delfinicę pytająco, biorąc od niej słuchawkę. - Skipper do ciebie. - pingwinek zesztywniał, ale przyłożył słuchawkę do ucha.
    - Kowalski?! - usłyszał dobrze znany głos dowódcy. - Macie mi tu natychmiast wracać, słyszycie?! Wiecie że to niesubordynacja?! Nie ma wypisywania się z oddziału! Słyszycie mnie? - Kowalski odłożył telefon na miejsce, cały się trzęsąc. Nie był w stanie wybaczyć Szefowi. Wziął jednak głęboki oddech i wybrał numer, ale tym razem do Szeregowego...
    - Kowalski! - zapiszczał najmłodszy pingwinek. - Wszyscy się o ciebie tutaj martwimy, a Szef...
    - Dawaj mi tę słuchawkę! - Kowalskiego zmroziło, kiedy znowu usłyszał Skippera. - Wiem gdzie jesteś i nie zawaham się po ciebie przyjść Kowalski! Ani mi się waż odkładać słuchawki! I tak już macie do końca życia przerąbane, słyszysz?! Przerąbane! - Kowalski wcisnął guzik, kończący rozmowę. Cały się telepał, bolała o głowa i było mu niedobrze. Jego ciało protestowało przed powrotem do bazy.
    - Kowalski... - odezwała się Doris.
    -Doris-odrzekł Kowalski z przerażeniem w oczach-oni po mnie idą. Ci którzy traktowali mnie jak popychadło, teraz chcą zaciągnąć mnie do bazy i się zemścić. Muszę uciekać! - nie dał rady powiedzieć nic więcej, bo dopadły go nagłe zawroty głowy, a on zwymiotował wprost na podłogę.
    - Spokojnie. - Doris położyła mu płetwy (?) na ramionach.
    -Ueee...Kowalski trzymał się za brzuch. Mimo słabego samopoczucia, podniósł się z podłogi i zaczął szybko zbierać i pakować swoje rzeczy. Wziął ich z bazy bardzo niewiele, więc pakowanie się zajęło mu dosłownie kilka sekund.
    - Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziała Doris, delikatnie wyjmując mu ze skrzydeł walizkę. - Popatrz na siebie zanim zrobisz cokolwiek. - Kowalski przejrzał się w lustrze. Podkrążone i zaczerwienione oczka, piórka posklejane od potu, trzęsące się skrzydła. Oddychał szybko i nierówno. Kowalski zakaszlał. Znowu zbierało mu się na wymioty.
    -Bleee-Kowalski nie wytrzymał i pozbył się śniadania. Zrozumiał że nie może uciekać, nie w tym stanie. Musiał się gdzieś ukryć. Musiał...
    Nagle, naukowiec zobaczył czarne plamy przez oczami. Zasłabł i osunął się na podłogę.
    -Jack!-zawołała spanikowana Doris...
    ___
    Kowalski ocknął się w swoim pokoju, w łóżku z baldachimem. W pierwszym odruchu poderwał się gwałtownie z pościeli, ale zaraz opadł z powrotem na poduszkę.
    - Przepraszam, że macie przeze mnie kłopoty. - wyszeptał, widząc Jacka, stojącego obok łóżka.
    - Nie przejmuj się tym. - odpowiedział maskonur. - Leż, nie ruszaj się. Masz wysoką gorączkę.
    -Ale...ja nie mogę. Oni tu idą. Oni...-urwał Kowalski. Rozkaszlał się, a zaraz potem przełknął ślinę, usiłując nie zwymiotować.
    - Leż. - powtórzył Jack. - Nie bój się, Doris się tym zajmie. - Kowalski, uspokajany przez maskonura i wyczerpany ciągłym stresem, w końcu usnął, a do drzwi ktoś zadzwonił. Jack westchnął i cicho wyszedł z pokoju, za to Kowalski zaczął cichutko łkać przez sen, wtulając się w cieplutką kołderkę.
    Doris wstała leniwie z kanapy, była trochę zła, że akurat w tym czasie ktoś zechciał do nich przyjść, kiedy zaczął się jej ulubiona telenowela. Pukanie powtórzyło się, ale nie było to już pukanie, ale walenie w drzwi.
    - Dobrze wiesz po kogo tu przychodzę. - powiedział stojący za drzwiami Skipper, kiedy wściekła delfinica otworzyła drzwi. Z pokoju dochodziły już odgłosy czołówki serialu.
    - Aleś trafił... nie możesz przyjść później? Kowalski usnął.
    Skipper zmierzył ją zabójczym wzrokiem. Nie obchodziło go, co Kowalski robi. Nadal jest na niego zły, ale strasznie za nim tęskni i nie tylko on.
    - To go obudź.
    - Nie. - odpowiedziała Doris. - I wyjdź z mojego mieszkania, bo mi się serial zaczyna.
    - Nie wyjdę, mogę ewentualnie poczekać, aż Kowalski się obudzi.
    - Chodź ze mną. - Doris wzięła go za skrzydło i razem z nim stanęła w drzwiach pokoju Kowalskiego. - Widzisz coś narobił?! Przez ciebie Kowalski się rozchorował. Tak strasznie boi się do was wracać, ze jego organizm tego nie wytrzymał!
    Skipper przyjrzał się dokładnie Kowalskiemu, nie zauważył niczego niepokojącego.
    - Przesadzasz... nic mu nie będzie - rzekł i zaczął potrząsać Naukowcem - Kowalski! Wstawaj! Musimy wracać! - Kowalski gwałtownie poderwał się z łóżka i zaraz potem wcisnął się w kąt pomiędzy ścianą, a poduszką. Doris odciągnęła Skippera od jego podwładnego.
    - Wyjdź już. - powiedziała, wypychając go za drzwi wejściowe.
    Skipper za jednym ruchem sprawił, że Doris pojawiła się za drzwiami, a on zamknął się w środku razem z Kowalskim.
    - Musimy poważnie porozmawiać... - rzekł, po czym powoli podszedł do przyjaciela.
    Kowalski patrzył się na niego z nienawiścią w oczach, gdyby mógł rzuciłby się i by mu powyrywał pióra, ale... trzymał go strasz, którego było więcej niestety.
    - Nie chce z tobą rozmawiać.
    - Ale ja cię nie proszę. Ja ci rozkazuję. Poza tym, zachowaj w stosunku do mnie minimum szacunku!
    - Dlaczego? Ty nie poszanowałeś mojego jestestwa, które dawno obumarło.
    - Nie tak powinieneś się zwracać do dowódcy.
    - Nie jesteś już moim dowódcą.
    Lider przewrócił oczyma.
    - Przestań się zachowywać jak dziecko! Wracamy do domu!
    Chwycił go za skrzydło i zaczął za sobą ciągnąć.
    - Powiedziałem ci już, że nigdzie z tobą nie pójdę, puść!!! - wrzasnął naukowiec, wyrywając mu się. - Wyjdź! Nie chcę twojego towarzystwa, wyjdź!
    - Nie myśl tylko, ze odpuszczę ci tak łatwo. - powiedział Skipper, stając pod drzwiami. - Jeszcze po ciebie wrócę. - dodał.
    Jack wszedł siłą do pomieszczenia i wyprowadził siłą Skipper'a. Wyrywał się, ale Jack był silniejszy. Kowalski odetchnął z ulgą. Zaczął rozmyślać, gdzie uciec, aby Skipper już go nigdy w życiu nie znalazł.
    - W porządku? - odezwał się maskonur.
    - Tak. - odpowiedział Kowalski, z powrotem włażąc pod kołdrę. Zwinął się w ciasny kłębek i starał się usnąć, przekonany, że teraz już mu nic nie grozi. W końcu mu się to udało, ale... nie na długo. Obudziła go kłótnia Doris i Jack'a. Miał wrażenie, że słyszał w niej swoje imię. Powoli podszedł do drzwi, delikatnie je uchylił, słuchał dokładnie.
    - Mieliśmy jechać na wakacje, nie będziemy jeździć z tym dziwolągiem wszędzie - warknął maskonur. Kowalski gwałtownie wciągnął powietrze. Dziwoląg? On?
    - Kowalski to mój przyjaciel! - zaprotestowała Doris. - Nigdy nie zrozumiesz jak wiele przeszedł! Poza tym widzisz, że z nadmiaru stresu zdążył nam się już pochorować. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Zabieramy go ze sobą na Karaiby czy tego chcesz czy nie!
    Naukowca bardzo zabolało słowo ''przyjaciel'' ze słodkiego głosiku Doris, wolał usłyszeć ''chłopak/mąż/narzeczony'' lecz niestety tak mogło się tylko stać we śnie. Mimo łez w oczach, słuchał dalej.
    - Nie, ten dziwoląg nigdzie z nami nie pojedzie i koniec kropka. Jeszcze dziś go wywalę.
    Pingwin już nie miał pojęcia gdzie ma szukać wsparcia. Jack wydawał się w porządku, ale jak zawsze musiało pójść coś nie tak. Serduszko go zabolało, kiedy przypomniało mu się, gdy jeszcze z czasów szkolnych wszyscy nazywali go ''dziwolągiem'' i wyśmiewali się z niego. Próbował być twardy, ogólnie każdy tak myślał, ale zdarzały się dni, kiedy zamknął drzwi na kluczyk, usiadł w kącie i zaczął płakać, chcąc naprawdę skończyć ze sobą... może i wtedy by go ktokolwiek docenił? Kowalski potrząsnął głową. Odsunął od siebie myśli o samobójstwie. Nie, jeszcze nie. Nie spodziewał się, że to w ogóle możliwe, ale jego serduszko, które zaczynało się zabliźniać, pękło po raz drugi. W tym samym momencie Jack gwałtownie otworzył drzwi.
    - Kowalski... - odezwał się. - Ja... Ile z naszej rozmowy usłyszałeś?
    - Wystarczająco, żeby zrozumieć, że mnie tu nie chcecie - odpowiedział, prawie szeptem. Nie wiedział jak się ma zachować. Chciałby się teraz spytać wszystkich swoich wrogów za co go tak nienawidzą? Co on im takiego uczynił? Od zawsze był grzeczny, kulturalny, każdemu z wielką chęcią pomagał, nawet największemu wrogowi. Robił wiele wynalazków dla ludzkości, które co prawda nie za bardzo działały, ale chociaż chciał coś zrobić dla dobra świata. Ale jak zawsze on był najgorszy, nic nigdy nie umiał dobrze zrobić. Spojrzał na maskonura, na pingwiniej twarzyczce nie było widać ani szczęścia, gniewu, bólu.
    - Kowalski, to nie tak... - Doris weszła do pokoju, patrząc na niego przygnębiona. Chociaż go broniła, tak samo jej nienawidził. Wzruszył ''ramionami'' i ominął ich, wychodząc z pomieszczenia.
    Później, wszystko potoczyło się niemalże tak samo jak wtedy w bazie. Kowalski wziął plecak i zaczął odruchowo pakować swoje rzeczy. Nienawidził Jacka i Doris (a przynajmniej tak mu się wydawało) w takim samym stopniu jak komandosów i nie chciał spędzić z nimi ani chwili dłużej. Nie wiedział gdzie ma znaleźć dach nad głową, ale już więcej nie wytrzymałby towarzystwie delfinicy i jej (niestety) chłopaka.
    Nie wiedział co ma ze sobą zrobić, więc tknięty nagłym przeczuciem, ruszył na wybrzeże. Usiadł na dużym kamieniu, wpatrując się w horyzont i niemal natychmiast zaczął rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Kiedy patrzył na to Z perspektywy czasu zaczynał mieć wątpliwości czy dobrze zrobił. Od Doris uciekł przecież z rosnącą gorączką i bólem wszystkiego, co mogło go boleć. Nagle rozmyślania Kowalskiego przerwał szelest wydobywający się zza drzewa... Pingwinek momentalnie zerwał się z kamienia i pobiegł przed siebie, czując rosnąca panikę. Biegł dopóki nie zabrakło mu tchu. Potem wszedł do pierwszego lepszego hotelu.
    - Potrzebuję pokoju. - odezwał się, widząc w recepcji młodą pingwinkę w czerwonym hotelowym fartuszku - Proszę... Nie mam dachu nad głową. Pingwinka odgarnęła grzywkę z oka i spojrzała na niego.
    - Zaraz zaprowadzę. - odpowiedziała, odkładając książkę, którą czytała i zdjęła klucze z wieszaczka. Kiedy tylko Kowalski wszedł do pokoju od razu padł na łóżko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, ze pokój jest dwuosobowy, a dziewczyna nie dała mu kluczy.
    - O tak... idealnie... - wyszeptał. Jeszcze nigdy nie leżał na tak wygodnym łóżku. Pingwinka zakaszlała, ten zerwał się na równe nogi, było mu trochę głupio, nie tak powinien się zachować.
    - Leż, leż. - odezwała się dziewczyna. - Nie chciałam cię przestraszyć, widzę, że jesteś zmęczony. Jestem Sammy.
    - Kowalski... - powiedział niepewnie naukowiec. - Dziękuję że mi załatwiłaś ten pokój. Wiesz, tak bez rezerwacji... i w ogóle.
    - Jasne. - Sammy roześmiała się. - Musze wracać do pracy. Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?
    Pingwin uśmiechnął się i pokiwał energicznie główką. Zmierzył dziewczynę od stóp do głów, wyglądała na bardzo sympatyczną. Może ona mogła mu w jakiś sposób pomóc? Musiał też przyznać, że jest bardzo ładna.
    ___
    Kowalski leżał na łóżku, po sam dziób przykryty kołdrą, majacząc w gorączce. Prawie nie czuł dotyku Sammy, która widząc, że z jej lokatorem jest źle, robiła wszystko, żeby tylko poczuł się lepiej. Lokatorem, bo nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak naprawdę nie jest w wynajmowanym pokoju, tylko w mieszkaniu dziewczyny na najwyższym piętrze hotelu.
    - Sammy... - odezwał się niepewnie, podczas krótkiej chwili świadomości otaczającego go pomieszczenia.
    - Tak? - spytała słodko, dając do herbaty troszkę cytrynki. Zaczęła ją mieszać, patrząc na Naukowca zmartwiona. Kowalski z trudem podniósł się do pozycji siedzącej.
    - Jest tu toaleta? - spytał słabo.
    - Tak, chodź, zaprowadzę. - Sammy wzięła go pod ramię i pomogła wstać. - Coś się dzieje? Brzuch cię boli? Będziesz wymiotować? - Kowalski pokręcił głową przecząco. - Na pewno? Tylko mi nie zemdlej...
    Nie chciała go za bardzo puścić samego do ubikacji, mimo że w tym miejscu potrzeba trochę prywatności.
    - Na pewno sobie poradzisz? - Kowalski kiwnął głową i złapał za klamkę drzwi od toalety. - No dobrze. - Sammy puściła jego skrzydło. - Ale drzwi mają być uchylone. - Kowalski znowu potaknął. Był w stanie zgodzić się na wszystko, a dziewczyna zajmowała się nim tak troskliwie.
    Po wyjściu z toalety, Kowalski usiadł na łóżku, naprzeciwko Sammy.
    -Kim właściwie jesteś? Dlaczego pozwalasz mi zostawać za darmo w pokoju hotelowym? Twój szef nie będzie zły?-zapytał pingwin. Przecież dziewczyna mogła mieć przez niego kłopoty...
    - Połóż się proszę, bo naprawdę wyglądasz jakbyś zaraz miał zemdleć. - Kowalski położył się na poduszce i nakrył kołdrą. - To nie jest pokój hotelowy. - kontynuowała Sammy. - To moje mieszkanie. Mieszkam na najwyższym piętrze w hotelu, w którym pracuję, bo nie stać mnie na własne. Kiedy wpadłeś do recenzji od razu wiedziałam, ze coś jest z tobą nie tak, a potem zorientowałam się, że jesteś bardzo chory i po prostu postanowiłam ci pomóc. Sama ledwie wiążę koniec z końcem, bo nie zarabiam za wiele, ale możesz ze mną zostać jak długo tylko zechcesz. Przyda mi się towarzystwo.
    - Dziękuje... - uśmiechnął się - chyba pierwszy raz ktoś...dla mnie...zrobił coś takiego...
    Spojrzał w oczy dziewczyny, po czym ją przytulił. Sammy wstrzymała oddech. Nienawykła do przytulania, odkąd pamiętała była sama na świecie, ale odwzajemniła uścisk.
    - No dobrze... - odezwała się, kiedy chwila się przeciągała. - Kładź się z powrotem. I spać.
    Kowalski ziewnął i uśmiechnął się do niej.
    - Dobranoc. - Po czym od razu zapadł w głęboki sen.
    ___
    Kowalski przebudził się w nocy, a słysząc podejrzane dźwięki, otworzył oczy i przekręcił się na bok. Sammy siedziała na sąsiednim łóżku opatulona w kołdrę i oglądała jakiś film w telewizji, ale spojrzała na niego, kiedy się poruszył.
    - Hej... - odezwała się. - Przeszkadzam ci? Mam wyłączyć? - spytała, sięgając po pilota.
    - Nie, nie trzeba. - odpowiedział pingwinek, podnosząc się do pozycji półleżącej.
    - A jak się czujesz? Przynieść ci coś może? - Dziewczyna przyciszyła troszkę telewizor, podeszła do Naukowca i położyła delikatnie skrzydło na jego czole. Gorączka ciągle się utrzymywała.
    - Troszkę lepiej. Przynajmniej już nie jest mi tak koszmarnie niedobrze. - Kowalski zdobył się na słaby uśmiech - A czy przynieść... Mogłabyś szklankę wody? Chociaż... ja w sumie mogę sobie wziąć sam. - naukowiec przymierzał się już do wygrzebania się spod kołdry.
    - NIE! O nie, nie! Ty leż! - Dziewczyna przykryła go niemal całego kołdrą i szybko przyniosła szklankę wody. Kowalski uśmiechnął się i powoli usiadł na łóżko. Wziął szklankę do skrzydełek i wziął łyk.


    _________________

    Sponsored content

    Re: Historia Kowalskiego

    Pisanie by Sponsored content


      Obecny czas to Sob Kwi 29, 2017 7:29 am